Wydawca: Xtreem Music

Nie wiem, ilu z Was spotkało się z nazwą In Thousand Lakes, ale ja zanurzam się w tych bajorkach po raz pierwszy. I o ile na początku wszystko wydawało mi się fajne, woda cieplutka i tak dalej, t po chwili zauważam pływające tu syfki od których siusiak się kurczy…

Ale po kolei. In Thousand Lakes to hiszpańska kapela, która para się melodyjnym death metalem. Jednak gdzieś tam usłyszałem jeden numer i mi się spodobało – fajne, chwytliwe granie pod Edge Of Sanity czy wczesne In Flames, bez cepeliady. I faktycznie, po odpaleniu „Age of Decay” pierwszy kawałek przeleciał całkiem znośnie, wpada w ucho i tak dalej. Drugi – niby dalej melodyjnie, ale w taki fajny szwedzki sposób – no Goeteborg kłania się w pas, ale w dalszym ciągu jest okej. Myślę sobie – w końcu ktoś nagrał melodic death metalowy krążek bez chujowych czystych wokali, bez metalkorowego zacięcia, brzmiący jakby go wyjął z 1995 roku. Czekam na haczyk. Bo gdzieś musi być kurwa haczyk, żeby mnie podkurwić, żebym mógł się wściec i napisać „dobrze żarło a zdechło!”. Ok, numer tytułowy – po kiego wała wrzucili te czyste, heavy metalowe zaśpiewy to ja nie wiem. Całkowicie niepotrzebne. Szczęśliwie wiele więcej takich głupstw nie popełnili. Może to z sentymentu, bo pamiętam pierwszą czy drugą liceum jak łyknąłem pierwsze cztery krążki In Flames i zajarałem się nimi – ale In Thousand Lakes słucha mi się przyjemnie. Może z kolei na zasadzie oddechu od codziennej rzeźni? Nie ważne. Sam się sobie dziwię, ale uważam, że „Age of Decay” to fajny album.

No co? Każdy ma swoje guilty pleasures. W ostatecznym rozrachunku drugi album Hiszpanów wypada nieźle. A polecę chyba tylko tym, którzy dwadzieścia lat temu zasłuchiwali się w „Jester Race”.

Ocena: 7/10

Tracklist:

1. Death Train  
2. Fall into the Void  
3. I Rise  
4. True North  
5. Age of Decay  
6. Hunter of Souls  
7. Blind Eyes  
8. Ethereal  
9. Vanished  
10. Wolfzeit  
11. 4 Walls (Scars)