In The Woods… “Pure”

in-the-woods-pure

Wydawca: Debemur Morti Productions

Gdy gruchnęła wieść o tym, że Kobro i Botteri po 17 latach od wydania genialnego “Strenge In Stereo” postanowili od nowa zacząć swoją przygodę z zespołem moja pijacka gęba ucieszyła się niezmiernie. Ciekawość zaczęła mnie zżerać od środka, zaś nadzieja przeradzać się – tfu! – w wiarę, że po raz kolejny otrzymam coś niesamowitego i jedynego w swoim rodzaju.

Promujący kawałek “Blue Oceans Rise (Like A War)” okazał się być tego dobrym zwiastunem. Wszystko się tam zgadzało. I wokale Mr. Fog’a (m.in z Ewigkeit) i brzmienie gitar i przede wszystkim ten charakterystyczny klimat, którym In The Woods… raczył słuchacza ponad dekadę temu. To tylko wzmogło moje oczekiwania w stosunku do nowego wydawnictwa. I gdy w końcu nastał dzień premiery i pierwszego odsłuchu, przyszło głębokie rozczarowanie. Okazało się, że czar i magia tamtych czasów gdzieś bezpowrotnie minęły, zaś In The Woods… pozostało tylko cieniem samego siebie. Nie zrozumcie mnie źle, ale na “Pure” po prostu nic się specjalnego nie klei i nie dzieje. Zwyczajnie krążek po prostu nie przyciąga, a nieco ponad godzinna przeprawa przez jego rozdziały (kawałki) to swoistego rodzaju usypiająca nuda. Gdzieś ten magnetyzm, ta charakterystyczna awangarda która zaskakiwała po prostu uleciały bezpowrotnie. Owszem, Mr. Fog jako wokalista sprawdza się niemal idealnie jako konstruktor klimatu tej opowieści (tytułowy “Pure” czy chociażby “The Cave Of Dreams”), a brzmienie gitar czy ogólny feeling pozostają bez zmian niosąc sentymentalną nutę. Nie mniej, nie ratuje to tym samym muzyki, która po prostu powiela i odgrywa patenty zebrane z podrzędnej, około metalowej palety dźwięków. Z drugiej jednak strony można zrozumieć, że chęć nagrania czegoś innego, odstającego od charakterystyki wcześniejszych wydawnictw w mniemaniu twórców mogła być czymś nowym i właśnie zaskakującym. Nie mniej okazała się po prostu niewypałem i asekuracyjnym graniem, na zasadzie byleby tylko nie spieprzyć. Miałem cichą nadzieję, że leśni dziadkowie choć w minimalnym stopniu pójdą ścieżką obraną na “Strenge…” – czy chociaż dwóch pierwszych albumach Green Carnation –  by pchnąć swoją awangardę w śmielsze rejony muzycznego ekspresjonizmu nie patrząc przy tym na obecne trendy. I owszem, to miejscami dało się odczuć, ale tylko miejscami (“The Recalcitrant Protagonist”  czy wspomniany “The Cave Of Dreams”).  I choć In The Woods na żywo wypada przekonywująco, to studyjnie po prostu położył sprawę nie potrzebnie idąc w strony oklepanych, metalowych brzmień dla mas.

Niektórzy pozostają stali w swych uczuciach inni zaś kroczą dalszą ścieżką zakładając nowe projekty, pozostawiając stare w glorii chwały. Niektórym to wychodzi na dobre, inni zaś niestety błądzą tracąc swą moc twórczą psując tym samym swoją własną legendę. Jedni więc powiedzą: dojrzeli. Inni zaś, że się po prostu zagubili. Ja w tym wszystkim jestem gdzieś pośrodku.

Ocena: 7/10

Tracklista:
01. Pure
02. Blue Oceans Rise (Like A War)
03. Devil’s At The Door
04. The Recalcitrant Protagonist
05. The Cave Of Dreams
06. Cult Of Shining Stars
07. Towards The Black Surreal
08. Transmission KRS
09. This Dark Dream
10. Mystery Of The Constellations

Autor

477 tekstów dla Chaos Vault

Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *