Wydawca: Osmose Productions

Dawno temu, w czasach głębokiego PRL-u gdy nasi rodzice po ciężkim dniu pracy i wyrabianiu 300% normy, słuchali na gramofonach unitra takich albumów jak „Od wschodu do zachodu słońca” Skaldów czy piątego pełnograja Czesława Niemena, 1542 kilometrów dalej, na końcu Zatoki Botnickiej, między malutkimi jeziorami Kuivasjärvi i Pyykösjärvi, na przedmieściach portowego miasta Oulun urodziło się złe dziecię.

Młody Mika od początku był inny, zamiast biegać po boisku, grać w piłkę ze swoimi rówieśnikami, zbierać grzyby czy inne odchody renifera, czy cokolwiek, co dzieciaki robiły w tej odległej Finlandii – mały urwis wolał oglądać po ciemku w swoim pokoju zdrowo rąbnięte świerszczyki.

Nie trudno się domyślić, że natrafił na najbardziej wykwintne z serii. Zresztą sąsiedzi Szwedzi i Duńczycy przodowali wtedy w tworzeniu materiałów spod znaku „Hardcore” i „Bizzare” siejąc zgorszenie w całej wolnej i nie tylko Europie. Do poprawienia stanu rzeczy, nie przyczynił się także fakt, że, jak każde portowe miasto Oulun było ostoją przeróżnych przybytków oferujących usługi najstarszego zawodu świata. To pewnie w takich właśnie spelunach i barach gastronomicznych z atrakcjami pokroju grubych bab owiniętych w świecący lateks, młody antychryst odnalazł kolejny fetysz w postaci wielbienia lśniących rozciągliwych materiałów, wykonanych z syntetycznych polimerów. Na domiar złego, nie tylko zmysłem wzroku grzeszył, ale także słuch jego pochłaniał wszelkiego rodzaju grzeszne herezje. Nim szczecina włosów trafiła na jego młode lico, Luttinen bo tak się nazywał, był już metalowcem, i to takim z krwi i kości, zasłuchanym po uszy w pierwszej fali Black Metalu zmiksowanej z nieznośnym, asłuchalnym i ultra szybkim punk rockiem spod znaku Extreme Noise Terror. Z tego chorego miksu nie mogło wyjść nic dobrego.

Dlatego po 27 latach zespół Impaled Nazarene nadal kopie dupska niemiłosiernie swoim siarczystym oldschoolowym Black Metalem i właśnie wypuścił nie bacząc na żadne konwenanse czy trendy nową EP „Morbid Fate”, z raptem jednym agresywnym tytułowym utworem autorskim i coverem – ot niespodzianka – Motorhead! Mamy więc klasyczny powrót do twórczości kapeli z lat 96′ kiedy to wypuścili na światło dzienne inna kultową już w kręgach EP „Motorpenis” nawiązującą nazwą i stylem do wcześniej wspomnianej załogi Lemmiego. Jest brud, syf i całość brzmi jakby nagrana na szybko pomiędzy jedna a drugą libacją alkoholową. Powrót w najlepszym stylu, czego ostatnio brakuje innym starym wyjadaczom.

Ocena: 8/10

Tracklist:

Side A
1. Morbid Fate
Side B
2. Riding with the Driver (Motörhead cover)