Wydawca: Wolfspell Records

Nie wiem który to już z kolei materiał Hermóðr, ale wiem, że od czasu premiery tegoż, kapela zdążyła wydać jeszcze trzy kolejne. Trochę w tym mojej winy, a trochę zamierzonego opóźnienia.

Bo krążek ukazał się w maju, a a mamy dzięki Matce Naturze już niemal październik. No ale chyba nie wyobrażacie sobie, że słuchacie tych dźwięków na przykład w czerwcu, gdy wszystko już dawno do życia obudzone? Nie, „Hädanfärd” to krążek, którego wybornie mi się słucha własnie teraz, gdy o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny. Dostajemy tutaj melancholię, smutek, ale nie depresję, nie mamy tutaj też jakichś samobójczych inklinacji. Ta muzyka na swój sposób jest ładna. Bo naprawdę utwory na „Hädanfärd” są chwilami skomponowane tak, że te melodie są po prostu ładne. Miło wpadające w ucho, lekko oniryczne. No jest to atmosferyczny black metal ale w dobrym znaczeniu tego słowa, z niezłą produkcją, dobrze zagrany i przemyślany. Lubię gdy w przypadku takich kapel muzyka sobie płynie i u Hermóðr tak właśnie jest. I tak w sumie za minus paradoksalnie biorę tu wokal. Typowy deesbeemowy kruczy wokal – do tej muzyki wolałbym na przykład czysty. Ten da się jednak przeżyć. Zwłaszcza że tradycyjnie jest on tam gdzieś schowany lekko z tyłu (ale na przykład w takim „Under frusen alb” dostajemy damski wokal i jest na prawdę świetnie).

Ok, ale pomimo tego mankamentu uważam, że najnowszy pełnowymiarowy krążek Hermóðr jest naprawdę dobry. Jak nieczęsto ruszają mnie zespoły z tego nurtu, to „Hädanfärd” robi mi dobrze. Aha. a moja kobieta stwierdziła do tego, że album ma bardzo ładną szatę graficzną, więc mają dodatkowo za to propsy, bo faktycznie tak jest.

Ocena: 8/10

Tracklist:

1. I stillhet  
2. Nord  
3. Höst  
4. Urskogen  
5. Midnatt  
6. Havsdimma
7. Under frusen älv  
8. Hädanfärd