Wydawca: A Sad Sadness Song

Szczęście w nieszczęściu mają te wszystkie atmospheric black metalowe kapele, że biorę się za ich muzykę jesiennymi, zimnymi wieczorami, gdy mam zdecydowanie inną percepcję ich muzyki niźli w takim lipcu.

Falaise na ten przykład. Właśnie sobie zaparzyłem herbatki z imbirem, wskoczyłem pod koc i włączyłem ich muzykę. I cóż – w takich okolicznościach przyrody jest to całkiem znośna muzyka. Nie mogę powiedzieć, ażeby moja optyka patrzenia na ten gatunek zmieniła się w jakikolwiek sposób po odsłuchaniu „My Endless Immensity”, ale krążek Włochów nie jest zły. Możemy tutaj znaleźć całkiem niezłe utwory – szczególnie te, w których black metal schodzi na drugi plan, a jego miejsce zajmuje na przykład post-rock czy jak to tam nazwać. W tych fragmentach przekaz Falaise trafia do mnie najbardziej, bo duet potrafi je ciekawie zaaranżować. Gdy skupiają się powiedzmy na czystej wody atmosferycznym black metalu to wówczas jest różnie – podobać się może, ale nie zawsze musi. Czasem po prostu mnie to dość mocno drażni – oklepany, kruczy wokal, mocno schowany za szmerzącymi gitarami, przecież takie rzeczy to może nagrać byle nastolatek w swoim pokoju. Dlatego moim zdaniem dobrze, że Falaise łączy to właśnie z delikatniejszym, lżejszym graniem. Dzięki temu mamy tutaj takie niezłe numery jak „Sweltering City” czy „The Emrbace of Water” – wpadające w ucho, z odpowiednim ładunkiem smutku, ale bez przesadnego, przerysowanego użalania się nad sobą. I wtedy jest całkiem okej.

Nie wiem jak często będę wracał do tego krążka, może tylko na jesień, może częściej. Ogólnie jednak – moje odsłuchiwanie „My Endless Immensity” na tym się nie skończy.

Ocena: 7/10

Tracklist:

1. Nightgaze  
2. The Embrace of Water
3. You Towards Me
4. Crimson Clouds  
5. Dreariness
6. The Abyss
7. Sweltering City
8. Pristine Universe  
9. A Veil of Stars
10. Les ruches malades (Amesoeurs cover)