Eyefear „A World Full of Grey”

Wydawca: Dockyard 1 Records

Lubię miłe niespodzianki, zwłaszcza, gdy nie nastawiam się na fajerwerki. Jak w przypadku Eyefear. No bo gdy ktoś wręcza Wam płytę i mówi: „zrecenzuj, jakieś pałermetale”. A na kopercie potwierdzają, iż jest to melodic/power/progresive metal, to macie prawo się nastawić a priori negatywnie do danego krążka. A tu, proszę – suprise!

Eyefear pochodzi z Australii – kraju, który kojarzy mi się raczej z wymiotami pokroju Gospel Of The Horns, czy Destroyer 666. nie wiem, jak uchowali się oni pomiędzy tymi nieogolonymi i cuchnącymi piwem brutalistami, gdyż jak już zaznaczyłem, ich muza określana jest jako melodic/power/progresive metal. Ale chyba nie jest tak źle, skoro „A World Full Of Grey” jest trzecim krążkiem (i pierwszym, który jest dany mi słyszeć). I nie wiem, jak się prezentują te wcześniejsze dokonania Eyefear, ale jeśli są na podobnym poziomie, to chłopcy mogą być zadowoleni. Bowiem, o dziwo, „A World Full Of Grey” spodobał mi się. Oczywiście, nie jest to muza, jakiej słucha wyjątkowo namiętnie, ale nie odrzuca mnie od niej, jak w przypadku 90% zespołów stawianych w jednym rzędzie z Australijczykami. Zwłaszcza, że z tą powerową etykietką bym nie przesadzał, bo nie jest to wycie chłopców w żabotach, o tym jak zły czarownik uwięził w wieży śliczną księżniczkę i tak dalej. W notce promocyjnej zespół porównuje się do Queensryche, Fates Warning czy Iron Maiden. I o ile z dwoma pierwszymi zgodzę się, to w miejsce Dziewicy dałbym solowe dokonania Dickinsona. Muzyka Eyefear to taka wypadkowa tych zespołów. Rzeczywiście, jest melodyjna, ale owe melodie są strawne, bez żadnych akordów rodem z Mandaryny. Są i klawisze, lecz dalekie od słodkiego gofra z bitą śmietaną i polewą truskawkową. Parapet pełni tu ważną rolę, jest go tu sporo, jednakże używa się go w sposób rozważny i wyważony. Nie przysłania on jakichś braków zespołu, nadaje im natomiast lekko podniosłego sznytu i jest integralną częścią kompozycji. Całkiem nieźle radzi sobie też gardłowy, który chwilami przypomina mi Geoffa Tate’a czy wspomnianego już Bruce’a D. Oprócz tego Eyefear może pochwalić się dobrą sekcją rytmiczną – słychać, że zespół stawia na precyzję w swoich utworach. Same kawałki są dość rozbudowane, oscylujące w granicach 5 minut, podane w raczej średnich tempach, może nieco podniośle, ale mi się podoba. „A World Full Of Grey” kręci się w moim odtwarzaczu już od jakiegoś czasu i nie nudzi mi się. Przynajmniej na razie. Ponadto mixem i masteringiem zajął się rozchwytywany ostatnimi czasy Andy La Rocque, więc do brzmienia się przyczepić nie można (dam sobie zresztą głowę, albo inną równie ważną część ciała uciąć, iż wokół tego skupiona będzie kampania promocyjna). Całości słucha się więc z przyjemnością.

Płyta adresowana jest głównie do entuzjastów trochę lżejszych dźwięków i to wśród nich właśnie powinna znaleźć uznanie. Eyefear „A World Full Of Grey”, nawet po to, by powiedzieć: „Tak, słyszałem, podoba/nie podoba mi się.” A nuż miło się ktoś z Was zaskoczy. nie jest u nas szalenie popularny, uważam jednak, że warto zapoznać się z

Ocena: 7/10

Tracklist:

1. Searching For Forgiveness
2. A World Full Of Grey
3. Changes
4. Lost Within
5. Moments
6. The Eyes Tell No Lies
7. Whispers Of The Soul
8. Haunted Memories
9. Breathe Again
10. Searching For Forgiveness [Radio Edit]


Autor

12005 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *