Evilfeast „Elegies of the Stellar Wind”

Wydawca: Eisenwald Tonschmiede

Mówią, że nadchodząca zima będzie zimą stulecia. Wszystko na to wskazuje. Jesień tego roku jest jakaś nazbyt chłodna, a miejscami już nawet pierwszy śnieg pokrył pola białym puchem. Prognozy jednak lubią się nie sprawdzać, bo zima tak naprawdę już nadeszła i to wprost z rejonów Otwocka pod postacią nowego albumu Evilfeast.

Jak dobrze wiadomo Grimspirit od początku kroczy swoją własną, jasno zdefiniowaną, skutą lodem leśną ścieżką z której nigdy nie schodzi. Jednym może się to podobać, innym zaś nie do końca. Ja jestem zdecydowanie w tej pierwszej grupie. Zawsze podobał mi się ten zimny, nieco depresyjny ale zarazem fantazyjny klimat, który tworzył się na każdej płycie którą miałem okazję słuchać. Tak było i na “Mysteries of the Nocturnal Forest”, tak i było na “Funeral Sorcery”, które po dziś dzień odsłuchuję od dechy do dechy. Jednak gdzieś przy okazji wydania “Lost Horizons of Wisdom” i “Wintermoon Enchantment” zwątpiłem. Gdzieś mi ten klimat uciekł, zaś pojawił się niedosyt i lekkie rozczarowanie powiązane z brakiem tego czegoś. Tym bardziej bałem się sięgając po “Elegies Of The Stellar”. Moje obawy okazały się jednak bezpodstawne, kiedy rozbrzmiały pierwsze takty otwierającego album utworu “The Second Baptism… Shores In Fire And Ice”. Wszystko dookoła nagle pokryło się grubą warstwą śniegu, na niebie rozbłysły gwiazdy a gdzieś daleko, w głębi mrocznego lasu pojawił się zamek, gdzie na jego szczycie, niewyraźnie przez małe okienko zaczęła majaczyć płonąca świeca. Zostałem wręcz – jakkolwiek to dziecinnie brzmi – oczarowany tym fantazyjnym klimatem. Wchłonął mnie on na tyle, że godzinna wyprawa do świata stworzonego przez Grimspirita stała się niemal tak realistyczna, jak butelka rumu na moim biurku, którą chciałem chłonąć i chłonąć. Można więc śmiało powiedzieć, że powrócił tu w końcu surowy, pierwszo falowy black metal. Prosty w przekazie, ale skutecznie wciągający. Z charakterystyczną, wręcz epicką atmosferą, odpowiednim klawiszem, odpowiednim brzmieniem, a przede wszystkim klimatem (odgłosy kroczącej postaci w “Winter Descent’s Eve… I Become The Journey” to miód na moje serce), który kiedy trzeba, jest niezwykle surowy, wręcz uśpiony. Kiedy indziej zaś, jest niczym śnieżna zamieć, podczas której toczy się walka przepełniona krwią na śmierć i życie. Przykładem niechaj będzie  wieńczący album 15 minutowy kolos dopinający całą tą opowieść – “Inclinata Resurgit… Rebirth of My Noble Dark Kingdom”, gdzie czyste wokale nadają wręcz królewski majestat całej historii, zaś gitary raz po raz uderzają lodowatym podmuchem przepełnionym cierpieniem i gorzkim smakiem zwycięstwa, które zostało przekute w nowy miecz chwały… Tak, wiem. Wszystko to brzmi nazbyt infantylnie, ale kiedy włączycie ten krążek, zrozumiecie o co mi chodzi.

Nie ma co dłużej się rozwodzić. Jest tutaj wszystko, czego potrzeba: mróz, klimat, w końcu black metal. Surowy, lodowaty ale klimatyczny z odpowiednią atmosferą i feelingiem. Słowem: nowy album Evilfeast jest jak dobra ścieżka dźwiękowa do nadchodzącej zimy.

Ocena: 9/10

Tracklista:
1. The Second Baptism… Shores in Fire and Ice
2. Winter Descent’s Eve… I Become the Journey
3. Lunar Rites… Beholding the Towers of Barad-Dur
4. From the Northern Wallachian Forest… Tyranny Returns
5. Archaic Magic… A Cenotaph Below the Cursed Moon
6. Inclinata Resurgit… Rebirth of My Noble Dark Kingdom

Autor

329 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *