Entombed „Serpent Saints – The Ten Amendments”

Wydawca: Threeman Recordings

„To cóż, że ze Szwecji?”. Połamaliście sobie język na tym zdaniu? Cieszcie się, że tylko język. Bo mi najnowszy album Entombed połamał gnaty, pogruchotał żebra, a na odchodne jeszcze dostałem w papę. Za co? Za jajco!

Nie wiem, który to już kolei album ojców chrzestnych szwedzkiej szkoły jazdy. Lubię bardzo ich muzykę, ale nie mam ich wszystkich płyt, ani nie jestem takim maniakiem, jak co poniektórzy, co to na sam dźwięk nazwy Entombed mają wzwód jak Jimi Hendrix za dobrych lat. Niemniej jednak wyczekiwałem nowej płyty, bo czułem że będzie to krążek na najwyższym poziomie. Zresztą, do tego nie trzeba być wróżką, bo wiadomo, iż ekipa Alexa nie zawodzi. No i się nie myliłem. Po odpaleniu „Serpent Saints – The Ten Amendments” wita nas miła dla ucha melodyjka. Ale to tylko zmyłka, bo Szwedzi to zawsze przebiegli byli, o czym pisał już nawet Sienkiewicz. Tylko, że w tym przypadku rolę kolumbryny pełni mocarna, charakterystycznie brzmiąca muza. Entombed miało w swej historii chwile, że tak powiem kontrowersyjne dla swych fanów, kiedy to lekko kombinowali ze swymi dźwiękami. Ale od kilku albumów Szwedzi konsekwentnie poruszają się w obrębie swojego stylu, zwanego przez niektórych death’n’rollem. I to właśnie leży mi najbardziej. No bo gdy słyszę taki „Amok”to robię się jurny jak buhaj na pastwisku. Chropowate brzmienie, świetny głos L-G, a do tego szybkie, wulgarne riffy, powodują, że głowa sama rwie się do headbangingu i aż chsiałoby się wpaść w szaleńczy młyn, w którym nie ważne są ewentualne obrażenia. A tu dupa, mogę się co najwyżej w ścianę rzucić. Na „Serpent Saints” obok typowych szybkich killerów o punkowej wręcz motoryce (vide: wspomniany „Amok” czy „When In Sodom”) jest i walcowaty „In The Blood”, który mieli słuchacza jak mega olbrzymia maszynka do mięsa. I gdyby nie to, że pokrętło głośności jest ustawione blisko maksimum, to niechybnie byłoby słychać chrzęst moich miażdżonych kości. Lwia część płyty, to jednak granie w charakterystycznym dla Entombed stylu. Piosenki są bardzo „catchy”, jak to mówią Amerykanie – nieskomplikowane, składające się z kilku riffów w jednym utworze, ale mających takie pierdulnięcie, że hej! – jak to mówią Polacy. Płyta trwa niedługo, niewiele ponad pół godziny co jest czasem idealnym dla muzyki metalowej. Najważniejsze, że „Serpent Sainst” nie nudzi, mimo że nie jest jakoś specjalnie urozmaicona. Ma za to takie jaja, jakimi nie mogą pochwalić się tysiące południowoamerykańskich zespołów power metalowych. Nie ma na niej słabego kawałka, dziesięć (a właściwie dziewięć, bo ostatni numer to swoiste outro) kompozycji jest, jak to przystało na Szwedów, na zajebiście wysokim poziomie. Dla wielu nieosiągalnym.

Ostatnio recenzuję same świetne, albo przynajmniej bardzo dobre płyty. „Serpent Saint – The Ten Amendments” na pewno nie jest w tej materii wyjątkiem. Ba, wręcz wpisuje się w tą pierwszą grupę. Co w przypadku Entombed nie jest niczym nowym. I prędzej Roman Giertych pójdzie pod rękę z Jerzym Urbanem podczas parady równości, niż ekipa ze Sztokholmu nagra chociażby średnią płytę.

Ocena: 10/10

Tracklist:

1. Serpent Saints
2. Masters of Death
3. Amok
4. Thy Kingdom Koma
5. When in Sodom
6. In the Blood
7. Ministry
8. The Dead, the Dying and the Dying to Be Dead
9. Warfare, Plague, Famine, Death
10. Love Song for Lucifer
Autor

12005 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *