Wydawca: Let It Bleed Records

Bardzo cieszy mnie fakt, że Dira Mortis wzięło się w końcu do roboty i wypuścili nowy materiał. Mam nadzieję, że zaczną teraz nadrabiać stracone na milczeniu lata.

Z drugiej strony, wstrzelili się w czas idealnie z kombekiem. Ale nawet i bez widocznego w podziemiu wzmożonego zainteresowania staroszkolnym deciorem Leszek zapewne wypuściłby w końcu, co mu tam na wątrobie leżało. A najnowsze dzieło zwie się „Euphoric Convulsions” i zawiera pół godziny materiału. Że nie wiele? Ale podzielone tak właściwie na trzy morderczo długie utwory, a przerwy między nimi wypełnione są interludiami równo i zgrabnie jak dół nadgniłymi zwłokami. Powiem Wam, że Dira Mortis na tym krążku postawiło na strasznie połamaną muzykę, która równocześnie cały czas śmierdzi trupem, więc tak po prawdzie – mnie pasuje. Gitary mielą kurewsko skutecznie, z każdą minutą czujecie się jakby wkręcało Wam członki w zasyfioną maszynkę do mięsa. Ale jak jeden z kawałków jest zatytułowany „Ancient Death Glorification” to nie ma kurwa przebacz – musi być mrocznie, ciężko i morderczo. I jest, dzięki muzyce, dzięki jej brzmieniu, no i oprawa też jest git. Jak już wspomniałem, kawałki przechodzą płynnie, chwila oddechu i znów musimy się uchylać przed jakimś pojebanym typem z siekierą… Taa, a konkretnie, do czego porównać „Euphoric Convulsions”? Jeden znajomy powiedział mi podczas ich koncertu „ot, i mamy polskie Incantation” – i coś w tym naprawdę jest. Zwłaszcza, że nie ma w Polsce wielu kapel, które grają w zbliżonym do nich stylu, za co olbrzymi plus.

No jak dla mnie, to Dira Mortis nagrało naprawdę bardzo dobrą płytę. A już ponoć tworzą się kolejne kawałki, więc nic tylko zacierać ręce i czekać. Jak na śmierć.

Ocena: 8,5/10