Devil’s Emissary „Malignant Invocation”

 

Wydawca: Under the Sign of Garazel

Z moją znajomością z tym krążkiem, jest jak z przyjaźnią między człowiekiem z chorobą filipińską, czyli Olkiem i Leszkiem co nie umie skończyć. Szorstko, ale po męsku. Mogliśmy (chociaż w zasadzie to chyba tylko ja) obrazić się na siebie, ale i tak w końcu musieliśmy do siebie wrócić, uścisnąć dłonie i powiedzieć, co myślimy o drugiej stronie.

 

Bo tak z debiutem Devil’s Emissary jest. Próbowałem się z tą płytą brać za bary kilkanaście(!) razy i nie mogę. Black metal, okraszony co prawda paroma niuansami spoza gatunku, ale jednak z naciskiem na niego. Dość proste granie, które ktoś już kiedyś wymyślił i ograł. Nic nowego, ani oryginalnego Was tutaj nie czeka. Problem z tym materiałem polega na tym, że takich płyt powstało już wiele – w sensie muzycznym. Nic mnie do niej specjalnie nie przyciąga, ale z drugiej strony też nie wyrzuciłbym jej przez okno. Tylko, że kurwa, całość jest taka jakaś jałowa, że tak pojedziemy związkami partnerskimi. Nie ma punktu zaczepienia, który pozwoliłby przełamać pierwsze lody. To nie jest przypadek, że nie mogłem przesłuchać tego całości. Bo ten debiut jest średni do bólu, a ja z takimi materiałami zawsze mam ciężko. Niełatwo jest wykrzesać odrobinę chęci i zmusić się do przetrawienia za jednym razem tych ponad 42 minut muzyki. Jednostajnie bzyczącej z zadziwiająco nijakim brzmieniem. Z drugiej strony to debiut i patrząc z tej perspektywy można znaleźć tu obietnicę czegoś w przyszłości. Może nie będzie to trasa łazienkowska, ale coś z mniejszym rozmachem. Co nie znaczy, że gorsze. Na razie, trzymającej się budowlanej terminologii, mamy taki metalowy Modlin. Zespół, który jeszcze nie jest gotowy „do użytku”, ale prace trwają (mam taką nadzieję). Być może „Malignant Invocation” zdobędzie status kultowy. W moim jednak odczuciu się na to nie zapowiada.

 

Podoba mi się sposób wydania debiutu. Proste, bez zbędnych udziwnień, za to z tym przysłowiowym smakiem. Nawiasem zespół zrobił Wam psikusa i nie ma o nim w zasadzie słowa w sieci. Trzeba będzie kupić płytę i sprawdzić, czy się znam, czy pierdolę głupoty. Tyle na dzień dzisiejszy.

 Ocena: 5.5/10

Tracklist:

01. Secrets of the Abyss

02. Legatus Infernum

03. Black Flames of the Antichrist

04. Occultic Remains

05. Desolate the Kingdom of Heaven

06. I niebiosa zapłoną

07. Demon’s Call

08. Nazarene Bastard Son

Autor

3531 tekstów dla Chaos Vault

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *