Deicide „Till Death Do Us Part”

Wydawca: Earache Records

Czy przesadzę, jeśli stwierdzę, iż ostatnimi czasy Deicide jest najbardziej krytykowaną kapelą w metalowym światku? Chyba nie. Inną kwestią jest zagadnienie, czy owa krytyka jest zasłużona. Zaraz do tej dyskusji dołożę swoje pięć groszy, a okazją ku temu jest najnowszy album zespołu – „Till Death Do Us Part”.

Pamiętam, jak swego czasu Benton zarzekał się, że Deicide tworzy on, bracia Hoffman oraz Steve Asheim. I że bez któregokolwiek z nich ta kapela nie ma prawa istnienia. Okazało się to czczym gadaniem, podobnie jak to, że pan Glen miał skończyć z sobą w wieku 33 lat. Dlatego też słucham sobie teraz „Till Death Do Us Part”. I słucham tego już n- ty raz. Za pierwszym razem pomyślałem, sobie, iż Benton sprokurował całkiem niezły album. I nadal tak myślę. Oczywiście, wiadomo – parafrazując pewnego polityka – że ten pan już nikogo więcej życia nie pozbawi, tak jak w przypadku dwóch pierwszych albumów Deicide. Niemniej jednak, porównując ostatni krążek do takiego niewypału jak „In Torment In Hell”, wypada on wręcz znakomicie. Przede wszystkim brzmi on brutalnie, bo takie utwory jak „Hate of All Hatreds” czy „Severed Ties” wgniatają w podłoże. Masywne, mięsiste i gęste brzmienie to niezaprzeczalny atut nowej płyty Deicide. Dawno nie brzmieli tak agresywnie. Niestety, muszę oddać rację malkontentom, iż poszczególne utwory dużo tracą na swej sile uderzeniowej przez solówki Santolli, które niestety do muzyki Bogobójstwa pasują jak chuj do buta. Za miękko, za melodyjnie, sio, won, a kysz! Zwłaszcza, że sam Benton zbrutalizował swój growl, który teraz stał się już mało zrozumiały, co również można uznać za minus, ale akurat ja tego nie zrobię. Płyta wydaje mi się też bardziej zwarta niźli poprzedniczka (oczywiście pomijając solówki Santolli), czuć że te 10 utworów tworzy jedną całość, która wdeptuje słuchacza w glebę. I może nie wdeptuje go po czubek głowy, ale na pewno głębiej niż ostatnie wydawnictwa z dyskografii Deicide.

Cóż na koniec? „Till Death Do Us Part” przypasowało mi. Nie będę bił pokłonów przed tym krążkiem, nie wydziergam sobie pod jego wpływem odwróconego krzyża na dupie (zresztą nie zmieścił by się koło tego różowego króliczka, hehe), ale oceniam dziewiąty opus wujka Glena jako solidną death metalową płytę. Sami rozważcie – tylko tyle, czy aż tyle…

Ocena: 7/10

Tracklist:

1. The Beginning of the End
2. Till Death Do Us Part
3. Hate of All Hatreds
4. In the Eyes of God
5. Worthless Misery
6. Severed Ties
7. Not As Long As We Both Shall Live
8. Angel of Agony
9. Horror in the Halls of Stone
10. The End of the Beginning


Autor

11089 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *