Deep Desolation „Rites of Blasphemy”

 

Wydawca: Darkzone Productions

Łódzka, metalowa ośmiornica na której czele stoi Markiz, tym razem uderza pod postacią Deep Desolation. I przyszło mi się pochylić nad kolejną już w mojej karierze płytą w której palce macza wspomniany zdanie wyżej muzyk.

 

Jeśli ktoś jeszcze nie wie/nie zauważył/jest nowy Kejos jest skutecznie ostatnimi czasy zarzucany dokonaniami Deep Desolation, Iugulatus i Primal. W tym ostatnim Markiz ma najmniejszy udział, ale jednak ma. I to, że regularnie dostajemy nagrania któregoś z tych trzech bandów nam nie przeszkadza, bo jest na czym ucho zawiesić. Drugi w karierze krażek Deep Desolation ma zdecydowanie większą moc. Wciąż – podobnie jak w debiucie słychać w muzyce zespołu echa różnych gatunków muzycznych, poczynając od przećpanych i przechlanych lat 70 (zresztą duch takiego powiedzmy „sabbatowego” grania, gdzieś tam cały czas się nad tą muzyką unosi). Deep Desolation stawia na pewną dozę melodyjności, ale i dość charakterystyczne riffy, które już po kilkunastu minutach stają się dla słuchacza wręcz nieodzowne (ktoś powie – element wyróżniający zespół). Dźwięki na „Rites of Blasphemy” sączą się nieśpiesznie, a przy okazji sprawiają wrażenie jakby były świadome swojej siły. Tworzą muzykę na pozór skomplikowaną, jednak przy dłuższym kontakcie wchodzącą bez popitki. Tak naprawdę pierwsze przesłuchanie (no może dwa) mogą pozostawić pewien niesmak i zrodzić stwierdzenie: „ co to za niezrozumiały dźwiękowy burdel?”. Wierzcie mi jednak na słowo – potem to już tylko lepiej. Zdecydowanie najlepszym numerem na tym krążku (nawiasem też – najdłuższym) jest kawałek „Mroczny hymn”. Walec z niezmiernie sugestywnym wokalem. Nie było by muzyki Deep Desolation bez gitarowych popisów Markiza (zakładam, że to on za nie tu odpowiada). Jego solówki sprawiając wrażenie, jakby były całkiem oderwane od pozostałej części muzyki, a tylko  z rzadka się w nią wplatały, tworząc pewną logiczną i zrozumiałą całość. Jednak i w tym szaleństwie jest metoda. Fajny klimat ma muzyka tego zespołu – tak już podsumowując. I za to też ich lubię.

 

Piękna płyta powiem szczerze. Wymagająca nieco większego zainteresowania niż zwyczajowe zdarcie spakowanych emeptrójek i pobieżnego ich przesłuchania, a potem do katalogu Moja zajebista kolekcja muzyki. Takie albumy w dobie makdonaldyzacji muzyki powinno cenić się najbardziej. Tak naprawdę jednak zostają one zauważone jedynie przez maniaków.

Ocena: 9/10

Tracklist:

 

Autor

3205 tekstów dla Chaos Vault

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *