Deathspell Omega „The Furnaces of Palingenesia”

Wydawca: Norma Evangelium Diaboli

Pyk. I jest. Taka taktyka przy wydawaniu nowych materiałów ostatnio jest coraz częstszą praktyką. W sumie, z punktu widzenia marketingowego ma to swoje plusy: element zaskoczenia zawsze się sprawdza, a ciekawość odbiorcy jest tym większa, im mniej o samym wydawnictwie wiadomo. Jeśli zaś towarzyszy temu jakiś skrawek informacji, to tylko potęguje ową ciekawość, a jeśli chodzi o takie zespoły jak Deathspell Omega, jest ona po stokroć jeszcze większa.

Kiedy ukazał się ochłap w postaci utworu “Ad Arma! Ad Arma” postanowiłem, że go zignoruję i poczekam, aż “The Furnaces of Palingenesia” będzie dostępna w całości. Chciałem zaskoczyć się po prostu jeszcze bardziej. W tym wypadku jednak taka taktyka nie sprawdziła się do końca, choć nie zakładałem z góry, że może być jak zawsze. Deathspell Omega od dłuższego czasu porusza się po rejonie black metalu, którego inne zespoły nie są w stanie skopiować, bądź robią to na tyle nieudolnie, że giną one w nijakości i odmętach własnych, ciemnych piwnic. Black metalu z najwyższej półki, którego ortodoksyjność stoi na wysokim poziomie, przez co tylko nieliczni mogą uchwycić istotę tej muzyki.

I tak jest i tym razem z tą różnicą, że ów ortodoksyjność jest na jeszcze wyższym poziomie, który rozumieją już chyba tylko nieliczni, najbardziej wtajemniczeni i najbardziej zaangażowani w działaniach zespołu. I może właśnie przez to nie mogę przebić się przez “The Furnaces of Palingenesia” w całości, tylko muszę słuchać go we fragmentach, by wyłapać o co w tym wszystkim biega. I za chuja nie mogę. Staram się cały czas odnaleźć pierwiastek tej genialności i wspaniałości, lecz błądzę pomiędzy kolejnymi utworami niczym zagubiony wędrowiec z lampką w ręce z nadzieją, że w końcu odnajdę właściwą drogę do oświecenia. Francuzi stworzyli na “The Furnaces of Palingenesia” coś na kształt własnego nurtu filozoficzno-religijnego, zawierającego doktryny i prawa, której budują nowy, dyktatorski porządek świata. I o ile taki koncept i teksty stanowią potężną siłę tego albumu, co jestem w stanie przyswoić, tak w wypadku muzyki jest już zupełnie inaczej. Inaczej, czyli tak samo jak 3 lata temu i 10 lat temu.

Niektórych będzie to cieszyć (czytaj: fani), innych zaś po prostu nudzić (czytaj: nie fani, ale lubiący). Charakterystyczne i rozpoznawalne riffy, średnie niemal zatopione w smole tempa oraz wokal, którego nie sposób pomylić z innymi, a który jest tutaj zaakcentowany niczym głos mesjasza, tudzież wodza, który wygłasza swoje tezy i manifesty do zebranego przy nim ludu. To wszystko wraz z muzyką buduje spójny, barwny obraz tej opowieści, jednak wielowarstwowość przez którą słuchacz musi się przebić jest miejscami drogą przez mękę i po kilkunastu minutach skutecznie usypia on przy dźwiękach “The Furnaces of Palingenesia”. I być może ja jestem uprzedzony już do tego zespołu, albo po prostu jest on w zupełnie innym wymiarze, gdzie jego twórczość rozumieją już tylko nieliczni.

Od premiery krążka minęło już trochę czasu i jestem ciekaw, kto tak naprawdę – prócz zagorzałych fanów – pamięta o tym albumie i często do niego wraca. Być może jak w wypadku niektórych dzieł, album ten musi pokryć się dużą warstwą kurzu, by za jakiś czas można było go odkryć go na nowo i docenić jego kunszt. Póki co, średnio to widzę.

Ocena: 7/10

Tracklista:
1. Neither Meaning nor Justice
2. The Fires of Frustration
3. Ad Arma! Ad Arma!
4. Splinters from Your Mother’s Spine
5. Imitatio Dei
6. 1523
7. Sacrificial Theopathy
8. Standing on the Work of Slaves
9. Renegade Ashes
10. Absolutist Regeneration
11. You Cannot Even Find the Ruins…

Autor

387 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii... W 33,4% joürnalist a 66,6% drünk bästard...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *