Cultes des Ghoules „Henbane”

Wydawca: Under The Sign Of Garazel Productions

Kto jeszcze nie miał okazji przesłuchać najnowszego wydawnictwa Cultes Des Ghoules powinien jak najprędzej posłać pieniążki gdzie trzeba. Wespół z Oraclem tak zrobiłem nieomal w dzień, kiedy „Henbane” ujrzało światło dzienne, bo wiedziałem, że płyty tej kapeli można spokojnie brać w ciemno. Nie pomyliłem się ani o jotę. Dostałem album, co najmniej bardzo dobry, a może nawet i wybitny…

Gdy pierwszy raz wcisnąłem przycisk „play” dostałem potężny cios w nerkę, dzięki któremu myśli w głowie od razy zawirowały jak w trąbie powietrznej. Pierwsze, proste komentarze to: „Jest zajebiscie”, „Jest świetnie”. Przede wszystkim rewelacyjny klimat znany z poprzednich wydawnictw, ale z małym „ale”. Jest grób, jest zatęchła piwnica, jest smród zgnilizny i rozkładających się ciał. Ale jest też więcej przestrzeni. Nie jest to tak bardzo „duszne” granie jak w przypadku poprzedniego pełnego wydawnictwa czy choćby ostatniego EP. Może to ten „roślinny” koncept albumu, ale czuć w tej metaforycznej piwnicy zapach unoszącego się ziela, woń zdradliwą, bo wywołującą różne omamy i nieprzewidziane reakcje umysłu. Dlatego myślę, że tytuł płyty jest jak najbardziej trafny, bo objawy po spożyciu tytułowej roślinki są ponoć podobne. Nie wydaje mi się żeby ten mniej duszny klimat był czymś złym. Po prostu nieco inaczej się odbiera tą muzykę. Ale na pewno nie brakuje w niej szaleństwa. Tego zawsze było w Cultes Des Ghoules pod dostatkiem hehe. Na „Henbane” zapewniają nam to oczywiście te charakterystyczne proste i hipnotyczne dźwięki oraz wokale, których nie powstydziłby się sam Attili Csihar. Gardłowy wydobywa z siebie takie odgłosy, że czasem ma się wrażenie chodzenia w środku nocy po korytarzu szpitala psychiatrycznego gdzie zza drzwi dobiegają najróżniejsze jęki, wzdychania, wrzaski czy pomruki. Te specyficzne wokalizy sprawiają, że płyty słucha się ze zjeżonym włosem na plecach i zimnym potem na czole, szczególnie w ciemnym pokoju z założonymi słuchawkami. Ta prawie godzina muzyki to przeżycie wręcz mistyczne, które powinno być odbierane jako całość. Muszę jednak wyróżnić „Vintage Black Magic”, bo jest to chyba utwór najbardziej obłąkany ze wszystkich. Odechciewa się przy nim żyć. Drugim perfekcyjnym kawałkiem, który wydaje się doskonałym zakończeniem tego koszmaru jest „The Devil Intimate” z jednej strony mroczny i poetycki a z drugiej czujemy, że to jeden z najsilniejszych „ciosów” na płycie.

Zdecydowanie najnowsze wydawnictwo Cultes Des Ghoules to płyta tyleż genialna, co kontrowersyjna. Wielbiciele „Haxan” mogą jej zarzucić (i zarzucają) brak tego charakterystycznego „trupiego klimatu”. Ja uważam natomiast, że jest to materiał nieco inny, ale równie genialny. Już dobry miesiąc minął od premiery „Henbane” a płyta niemal codziennie się u mnie obraca. Niech chwała, cześć i dziękczynienie im będzie za taką muzykę!

Ocena 10/10

Tracklist:

1. Idylls of the Chosen Damned
2. The Passion of a Sorceress
3. Vintage Black Magic
4. Festival of Devotion
5. The Devil Intimate

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *