Crematory „Infinity”

Wydawca: Massacre Records

Zobaczywszy płytę Crematory złapałam się za głowę i jęknęłam: „oj”. Bo jak tu kurwa ugryźć kapelę z niemal dwudziestoletnim stażem, z nastoma cedekami na koncie i sporą liczbą fanów rozsianych po całym świecie. Stanęłam oto przed trudnym zadaniem, gdyż  dostałam krążek kapeli, którą w latach mych młodzieńczych zachwycali się znajomi, a która mną jednak nie zawładnęła, nawet nie zatrzymała na dłużej. No i jak tu napisać cokolwiek niepozytywnego, no kurwa jak…

Ale wiecie co? Ha! Wygląda na to, że tym razem nie będę musiała za bardzo kląć i psioczyć. Może i nie było fajerwerków rodem z hamerykańskiego filmu o 4 lipca i może muzyka tworzona przez Crematory nie doprowadza mnie do stanu, w którym niezbędne byłoby CPR, ale mi osobiście rytmicznie kopali dupę przy każdym numerze. Tyle, że w różnym natężeniu.

Brzmienie zespołu i ich styl bezsprzecznie zmienia się. Jak dla mnie idzie to w dobrym kierunku, chociaż pewnie niejedna osoba powie, że „stare” Crematory to byli Bogowie, a to co wydają teraz to gówno. Ważne, że zespół się rozwija a nie w rozwoju cofa. W tym momencie spokojnie możecie zapomnieć o „Awake” i „…just dreaming”, bo oto przychodzi nowa Era dla Crematory.

Już przy „Pray” powoli zaczynali wpasowywać się w mój muzyczny gust, ale cały czas mi czegoś brakowało i bez bólu przełączałam na kolejne utwory. „Infinity” jest rozwinięciem tego co na „Pray” zaczęli, z tym, że jest bardziej dopracowane. Brzmienie jest niższe i mroczniejsze, dorzucili do tego dodatkowy ładunek ołowiu co by było ciężej, wyczyścili wokale a jako wisienkę na torcie dodali więcej melodii.

Jeden pan bulgocze, drugi ciągnie przyjemnym tenorem linie melodyczne, gitary nadają tempa, niezbyt nachalnie pojawia się elektronika, sekcja rytmiczna sprytnie wachluje różnorodnymi rytmami. Niby wszystko jest oczywiste, utrzymane gdzieś w konwencji muzyki jaką prezentują Niemcy, ale zrobili z tego naprawdę piorunującą mieszankę. Mnie wciągnęło.

Płyta oczywiście bezbłędna nie jest, są momenty lepsze, są też te gorsze. Niejednokrotnie pomyślałam, że ja jednak zrobiłabym coś  inaczej. I doczepię się do „Never look back”. Wstęp jest mocno industrialny, po chwili przechodzi z klimaty doomowe, tekst wyśpiewywany po niemiecku dopełnia głębi i jest fajnie aż tu nagle się z tego wycofują i przechodzą w subtelne śpiewanko i pojawia się myśl: „what the fuck?”. Szkoda, że nie zostali przy początkowej konwencji bo mógłby to być najmocniejszy moment na „Infinity”.

Mogłabym wymieniać o opisywać poszczególne utwory, ale po co. Najlepiej posłuchać, ocenić i wybrać coś dla siebie, bo każdy cos dla siebie tutaj znajdzie.

Zespół generalnie obietnicy dotrzymał. Miało być mocniej, ciężej i mroczniej i tak jest, a mi to pasuje.

Ocena: 8/10

Tracklist:

01. Infinity
02. Sense of Time
03. Out of Mind
04. Black Celebration (Depeche Mode cover)
05. Never Look Back
06. Broken Halo
07. Where are You Now?
08. A Story About…
09. No One Knows
10. Auf der Flucht
Autor

34 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *