Wydawca: Blood Harvest Records

Tych panów mieliśmy już przyjemność opisywać na łamach naszych skromnych, lecz gościnnych, szczerych i… i tyle, przechodzimy do konkretów, bo z Contaminated nie będzie lekko.

Tym razem do czynienia mamy z pełnowymiarowym debiutem, zatytułowanym „Final Man”. Powiem Wam, że pod względem stylistycznym nie zmieniło się tutaj wiele, gdyż Australijczycy cały czas rzeźbią w obskurnym, mrocznym death metalu. Przy okazji demówki za główne źródło inspiracji uważałem kapelę Johna McEnteego, zaś na „Final Man” tak naprawdę nie zmieniło się wiele – potężnie brzmiący metal śmierci, gdzie przyspieszenia wyrywają drzewa z korzeniami, zaś zwolnienia kojarzą się z kafarem wbijającym słupy w dno oceanu. Plus wokal – no kurwa, wokal w Contaminated był chyba nagrywany na spodzie Rowu Mariańskiego. Głęboki, brutalny, ale na szczęście wyzuty z grindowych czy brutal death metalowych inklinacji w postaci świniakowania i tak dalej. Strasznie mi robi ten zespół, począwszy od muzyki, przez jej feeling, a kończąc na okładce – obcowanie z tym albumem to dla mnie czysta przyjemność. Oczywiście malkontenci będą narzekać, a hejterzy hejtować, że wszystko było. Ale kogo to obchodzi?

„Final Man” jest ze wszech miar godny polecenia. Krążek podoba mi się jeszcze bardziej niż demo, co szczególnie mnie cieszy. Nie wyobrażam sobie death metalowego pojeba bez znajomości tego albumu.

Ocena: 8/10

Tracklist:

1. Squalid Survival  
2. No Time to Rot  
3. Their Future  
4. Boneless Mass  
5. Starved  
6. Co-opted into Worthless Sludge  
7. Forlorn and Desolate  
8. Mired in Shit  
9. Final Man