Chaosphere „Reign In Chaos”

Wydawca: Death Solution Records

Niestety, to już nie lata osiemdziesiąte XX wieku, kiedy w PRL-u thrash królował niepodzielnie na scenie metalowej, a na koncerty takich gigantów jak Turbo, Kat, Egzekuthor, Wilczy Pająk czy Dragon waliły tłumy w dżinsowych katanach, obcisłych na maxa gaciach, obutych przy tym w białe reeboki. Dziś polska scena thrashowa nie jest już tak prężna jak wówczas. Na szczęście istnieją jeszcze młode kapele, które kultywują tradycje z tamtych lat, żeby przytoczyć tu Bloodthirst, czy recenzowany właśnie Chaosphere.

Zajmijmy się więc debiutem Chaosphere, a zaprawdę powiadam Wam, jest czym maltretować swe strzemiączko, młoteczek i kowadełko, czyli narząd zwany przez laików uchem. Zespół młody, istnieje od trzech lat z okładem, muzycy też na emerytów nie wyglądają, ale kawałki, które nagrali spokojnie mogłyby się znaleźć na płycie jakiegoś zespołu zza Odry, nagranej jeszcze przed upadkiem Muru Berlińskiego. Thrash w wykonaniu Chaosphere kieruje nas w rejony, w których zaczynały takie zacne kapele jak Kreator, aczkolwiek nie jest to takie typowe archaiczne łupu – cupu. Zespół niechybnie wziął pod uwagę, że technika idzie do przodu, a w związku z tym i produkcja albumu stoi na bardzo dobrym poziomie.

Jak już raczyłem nadmienić, Chaosphere tworzy w duchu klasycznych thrashersów, takich pełną gębą. Nie chodzi mi więc o tych równo przystrzyżonych, schowanych za dużymi okularami i krzywiących się po posmakowaniu innego alkoholu, niż zawartego
w bombonierce. Założę się, że nad łóżkiem Kamila, odpowiedzialnego za muzykę w zespole, wisiały plakaty wspomnianego Kreatora, Sodom, czy Slayera, bowiem muzyka Chaosphere trąci właśnie takim luzackim, „knajpianym”, ale przy tym bardzo agresywnym, thrashem. Dźwięki zawarte na „Reign In Chaos” są brutalne, utrzymane w średnich i (częściej) szybkich tempach. Jest tu jednak czasem i miejsce na odrobinę melodii, dzięki czemu poszczególne kawałki zapadają w pamięć po kilku pierwszych przesłuchaniach. Moim faworytem jest tu „Blood Sun Rises”, czy też „My Own Hell”, które ochoczo nucę sobie, robiąc poranną toaletę. Jednak płyta jest bardzo równa i w zasadzie nie ma tu utworu, który mógłbym wyróżnić inaczej niż in plus. Aczkolwiek w moim przypadku nie można mówić o pełnej obiektywności (zresztą moim zdaniem recenzje zawsze są mniej czy bardziej subiektywne, bez względu na to, co deklarują ich autorzy), gdyż uwielbiam thrash, a jeśli jest on podany w takiej postaci, w jakiej dostaliśmy go od ekipy Kamila, to już w ogóle mam ślinotok połączony z pokaźną erekcją (pokadzę sobie, a co mi tam, hehe). O umiejętnościach muzycznych członków zespołu powiem tyle, że są bardzo bardzo dobre, instrumenty służą im nie do tego, by podpiąć się do dziupli w lokalnym parku i pozować z groźną miną do zdjęć, ale by za ich pomocą dawać ujście zalegającym w nich pokładom talentu, którego mam nadzieję, starczy jeszcze na niejedną tak dobrą płytę.

Jedynym minusem, lecz już nie samej muzyki, jest okładka płyty. Ja wiem, teraz komputerowy obrazek na froncie wygląda ładnie, zawsze byłem jednak zwolennikiem takich bardziej, nazwijmy je umownie, komiksowych okładek, jak za starych dobrych lat. Ta
z „Reign In Chaos” nie jest sama w sobie zła, jest taka… nijaka właśnie jest i tyle. Jednak, jako że front-cover, jest moim zdaniem dodatkiem do muzyki (ważnym, ale jednak dodatkiem) to przełknę to niczym pięćdziesiątkę ciepłej, niemiłej wódki, wypitej pomiędzy siedmioma chłodnymi piwami, podanymi przez śliczną barmankę z głębokim dekoltem. Czyli, w odniesieniu do całości można na to przymknąć oko. Warto więc zaopatrzyć się w „Reign In Chaos”, zamiast wydawać pieniądze na kolejną plastikową metalcore’ową „rewelację” zza granicy. Ja już tę płytę mam i dziś samozwańczo przyznaję im zaszczytny order Teraz Kurwa My!

Ocena: 8,5/10

Tracklist:

1. Coast Of Normandy
2. Blood Sun Rises
3. Chalice Of Bitterness
4. My Own Hell
5. The Demon
6. Pray For Death
7. Inflicting Pain
8. Labirynth Of Thoughts
9. Utopia (Conquering The Souls)
Autor

11350 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *