Candlemass “King Of The Grey Islands”

Wydawca: Nuclear Blast Records

Tak jak Slayer będzie zawsze kojarzony z „Reign In Blood”, jak Iron Maiden będzie kojarzone z „The Number Of The Beast”, jak Entombed będzie kojarzone z „Left Hand Path”, tak Candlemass będzie kojarzone z „Epicus Doomicus Metalicus”. I nic już raczej tego nie zmieni. Po prostu tą płytą wyznaczyli nową jakość, śmiało budując monumentalną konstrukcję na fundamentach wylanych onegdaj przez Black Sabbath. No ale to buo ponad dwadzieścia lat temu, a dziś Świecznik prezentuje nam swój nowy album – „King Of The Grey Islands”.

Ogólnie to ciężko jest wbrew pozorom pisać o nowych albumach zespołów, które swoje opus magnum mają już za sobą. Dlaczego? Bo ciężko jest wymyślić na tym polu coś nowego odnośnie opisu ich muzyki, zwłaszcza, jeśli dalej tworzą one w swym stylu, bez żadnych zmian. Tak jak w przypadku Candlemass. No bo wiadomo co grają Szwedzi. Doom metal pierwszej wody, zabarwiony lekko heavy metalowym kolorytem. I tak jest od 1984 roku. Nie inaczej jest więc na „King Of The Grey Islands”, który to wgniata mnie już od paru dni. A że akurat trzydzieści parę stopni Celsjusza od jakiegoś czasu to norma, to jestem wgniatany jeszcze głębiej i mocniej. Nie jest to jednak doom ekstremalny, jakim para się na przykład niemiecki Ahab. Każdy kto słyszał taki „Nightfall” wie co Leifowi w duszy gra. W tej kwestii „King Of The Grey Islands” nie wiele się różni od tej płyty. I dobrze! Gitary powolne, acz efektywnie mielą człeka niczym mięsko na sznycelki. Dużą rolę odgrywają chwytliwe melodie oraz genialne riffy, jak w „Clearsight”, który to jest dla mnie najlepszym numerem na płycie. Świetny, motoryczny riff, w środku utworu przerwa, podczas której możemy posłuchać szumu morza (jak na moje ucho Bałtyk, hehe), a potem znów mamy ten riff, odgrywany coraz wolniej. Miodzio! Dobrą robotę robi też wokalista – Rob Lowe, udzielający się przede wszystkim w Solitude Aeternus. Co prawda nie ma on tak operowego głosu, jakim szczycił się Messiah Marcolin, ale nie ma na co narzekać, bo jest bardzo dobrze. Głos Teksańczyka pasuje do dźwięków Candlemass, jest silny, ale i w spokojniejszych partiach wypada niezgorzej i cały czas świetnie współgra z ciężarem i majestatem muzyki. Do tego utwory zapadają w pamięć już po pierwszym przesłuchaniu, można rzec nawet, że są one w pewnym sensie przewidywalne, co można traktować jako ich pozytywną jak i negatywną stronę. W zależności od upodobań słuchacza. Mi tam się podoba. O czymś zapomniałem? Że ciężar jest – to mówiłem. Że dobry wokal – też. Że chwytliwe, że niezłe melodie – zaznaczyłem. Okładka? Prosta – nic nadzwyczajnego, w oczy nie kłuje, co widać obok. Ot, ujdzie. No to chyba wsio!

Nowy krążek Candlemass nie detronizuje ich największych dokonań, ale nie jest też ich ubogim krewnym. Jest bardzo dobrą płytą, którą od kilku dni męczę w swoim odtwarzaczu. I wcale mi się nie nudzi, więc pewnie się jeszcze trochę pokręci. Na pewno, z czystym sumieniem mogę Wam polecić „King Of The Grey Islands”. A Leif i spółka mogą być z siebie Doom-ni.

Ocena: 9/10

Tracklist:

1. Prologue
2. Emperor of the Void
3. Devil Seed
4. Of Stars and Smoke
5. Demonia 6
6. Destroyer
7. Man of Shadows
8. Clearsight
9. The Opal City
10. Embracing the Styx
Autor

12257 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *