Bestial Raids „Reversed Black Trinity”

Wydawca: Morbid Moon Records

W końcu doczekałem się pełnowymiarowej płyty Bestial Raids! Śledzę dokonania tego zespołu od pierwszej demówki, to jest „Necrowar Holocaust”. Zawsze podobała mi się ich muzyka, która dla jednych jest bezmyślną łupaniną i kakofonią, a dla innych przykładem prawdziwego, obskurnego blacku, jaki grało się na przełomie ósmej i dziewiątej dekady XX wieku. Ja oczywiście zaliczam się do drugiej grupy.

Żeby nie było wątpliwości, na wstępie zaznaczę, iż Bestial Raids gra black metal w stylu Blasphemy, Beherit (wczesnego) czy Conqueror. Tak, pewno już się co poniektórym wykrzywiły gęby, a z ust padło: „Eee, to pewno jadą na fali popularności tych niby-kultowych bandów, jak wszyscy”. Więc powiadam tym malkontentom: zamknąć ryje! Po pierwsze, Sadist i spółka gra tą muzykę już od dobrych kilku lat i jego samego już trafia szlag, gdy mówi się, iż jest to tylko trend. Po drugie: Bestial Raids tworzy może i w zbliżonym stylu do wspomnianych tu bandów, ale słychać, że żyją oni tą muzą, a ta z kolei jest stworzona dla nich. I po trzecie: o jakim trendzie może być tu w ogóle mowa, jeśli w Polsce na kilka tysięcy zespołów metalowych, podobnie do Bestial Raids gra może z dziesięć – piętnaście kapel, czyli zaledwie niewielki procent (jeśli nie promil, hehe)?! No to cieszę się, że zbiłem te głupie argumenty, a teraz przejdę do właściwej części recenzji „Reversed Black Trinity”.

Skoro już wyżej napisałem, że Bestial Raids idzie ścieżką wytyczoną drzewiej przez wspomnianych Kanadyjczyków czy Finów, to będę się tego trzymał. No bo jest to faktem. Inną kwestią jest, że wychodzi im to naprawdę świetnie. Na debiucie zespół w końcu brzmi naprawdę dobrze, choć wcześniejsze produkcje też jakoś bardzo mnie nie raziły. Obskurny, oldskulowy black utrzymany w średnich i szybkich tempach, bez zbędnych ozdobników, zawiłości, smaczków i innych bajerów. Napisałbym, że jest to po prostu „siara, diabeł, smoła i piekło”, ale i mnie już mierżą te wyświechtane slogany. Jednak i w tych, zużytych niczym stara prezerwatywa, hasłach jest jakieś ziarenko prawdy. Bo ta muzyka jest naprawdę tylko dla maniaków, a nie dla kolesi, którzy chcą zaszpanować w towarzystwie, że są buntownikami i nie chodzą na katechezę. Oni nawet nie mają pojęcia, że istniało cos takiego jak Conqueror, a co dopiero Bestial Raids – w Metal Hammerze o tym nie pisali przecież. A niech żałują, bo słuchając „Reversed Black Trinity” poznaliby, co to jest metal w pierwotnej, nieskażonej przez modę postaci. Trio z okolic Kielc jedzie bezkompromisowo do przodu, nie patrząc, czy sprzedadzą 10 czy 1000 egzemplarzy debiutu. Grają swoje, grają to co lubią i jest im z tym niechybnie dobrze. Muzyka nie jest skomplikowana, jest wręcz banalnie prosta, ale przy tym niemiłosiernie kopiąca w dupsko, rytmiczna, a zwłaszcza szalenie intensywna. Dziś już się tak nie gra. Jest bardzo elitarna w swojej formie, bynajmniej z powodu stopnia złożoności, a wręcz przeciwnie. Kilka riffów w jednym numerze, rzadko kiedy pewnie wychodzących poza liczbę czterech – pięciu na utwór, szybkie napieprzanie w bębny i talerze, niezbyt głęboki, zaflegmiony wokal. To wszystko, ale jakże wybornie mi się tego słucha. Do tego czarno – szara okładka, takiż sam layout, wewnątrz bluźniercze obrazki, będące przeciwieństwem komputerowo tworzonych gniotów. Niektórzy powiedzą pewnie, że to infantylne, ale taki urok tej muzy – żadnych zawoalowanych przesłań, tylko bezpośrednie i proste przekazy, niczym uderzenie pięścią w nos. Zaznaczę jeszcze, iż na osiem kawałków, jakie znajdują się na „Reversed Black Trinity”, sześć to premierowe bluzgi, a dwa („Order Of Doom” i „Neocenturian Legion”) to nagrane ponownie utwory z drugiego demo. Nie odstają jednak od reszty pod względem kompozycyjnym ani na milimetr. Bestial Raids to po prostu godnie reprezentujący nasze poletko na arenie międzynarodowej przedstawiciel w dziedzinie staromodnych wyziewów.

Cała płyta to trzydzieści cztery minuty generowania przemyślanego hałasu ku uciesze maniaków i przerażeniu przypadkowych słuchaczy. Polecam zarówno pierwszym, jak i drugim. Maniakom, by poobcowali przez pół godziny z nieprzeciętnymi plugastwami
w wykonaniu Bestial Raids. Przypadkowym słuchaczom, by usłyszeli, jak powinien brzmieć stary i brudny black metal, łamiący wszelkie nowomodne konwenanse. Może zrozumieją, że Dimmu Borgir nie jest szczytem ekstremy. Ja tę płytę wałkuję już sześćset sześćdziesiąty szósty raz i mimo prostoty (a może właśnie dlatego) wciąga mnie ona coraz bardziej… Phallelujah!!! We are His Throne!!!

Ocena: 9/10

Tracklist:

1. Unholy Spirit Diabolos
2. Dysangelium
3. Thrones of Satanas
4. Mort Squadron
5. Nihil Regime
6. Order of Doom
7. Neocenturian Legion
8. Nails

Autor

11337 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *