Behemoth „I Loved You at Your Darkest”

Wydawca: Mystic Productions

Po raz kolejny przypadło mi w udziale recenzowanie nowego albumu Behemoth. Zadanie o tyle trudne, że recenzji tego materiału jest już taka ilość, że niemożliwym jest się nie powtarzać. Ja w ramach walki z tak zwanym syndromem ginekologa postanowiłem się z kilkoma zapoznać.

W recenzjach jest albo wychwalanie „I Loved You at Your Darkest” albo chłodna ocena bez wywyższania tej płyty ponad wszelką miarę. Co będzie na łamach Chaosa? Chłodna ocena i może trochę obrzucania błotem. Zacznę może od plusów. Behemoth znowu nagrał płytę inną od poprzedniej. „Satanista” jest punktem wyjścia, I Loved You at Your Darkest to niejako dalszy rozdział tej samej książki. I za to szacunek. Za konsekwencję, za progres i za to, że nie nagrali kolejnego „Satanisty”. Byłoby to dużo bardziej bezpieczne niż te rockowe romanse na I Loved You at Your Darkest, które z pewnością przysporzyły im tyle samo wrogów, co nowych fanów. Jak dla mnie plusem jest też ukłon w stronę fanów, którzy pamiętają Behemoth z bardziej ekstremalnego, black metalowego oblicza i tu za przykład niech posłuży numer „Wolves Ov Siberia”. O plusach oczywistych jedynie wspomnę: warsztat muzyków, produkcja, brzmienie. Wiadomo, że w Behemoth te elementy są na najwyższym poziomie. A teraz może przejdźmy do tego, co mi się nie podoba. Czytając niektóre recenzje, miałem niezły ubaw, bo recenzent za wszelką cenę nie chciał użyć jednego słowa, które moim zdaniem, najlepiej określa „I Loved You at Your Darkest”: nuda. Może to dość kontrowersyjna ocena, ale ja tak czuję tę płytę. Początek niezły: „Wolves Ov Siberia”, „God = Dog” (przy całym debilizmie tego tytułu, to całkiem niezły numer), „Ecclesia Diabolica Catholica” i „Bartzabel”. „Bartzabel” mi się co prawda nie podoba, ale jest to numer jakiś, nie sposób obok niego przejść obojętnie i na pewno zapada w pamięć od pierwszego odsłuchu. A co mamy dalej? Dalej jest już dość jednolita masa, z której wyróżniają się motywy (nie całe numery, pojedyncze motywy) z numerów: „Sabbath Mater” czy „Rom 5:8” (początek). I to tyle. Ja tu nic więcej dla siebie nie widzę i nie słyszę. Na ten moment mógłbym dać płycie nienajgorszą ocenę. Szału nie ma, ale może być. Mocno sentymentalne 7/10. Ale jak wiadomo, zespół to nie tylko muzyka. Szczególnie ten zespół. Zacznijmy może od kreteńskich strojów, przejdźmy do popowej nazywa albumu, a skończymy na wegańskiej karmie dla psów. Mnie to bardziej przypomina promocje patelni w Biedronce, a nie metal.

Najbardziej mnie jednak wkurwia to, jaki balon był pompowany wokół tego albumu. „I Loved You at Your Darkest” to miało być wiekopomne dzieło, kamień milowy, muzyka na miarę IX symfonia Beethovena… No kurwa… Raczej nie…

Ocena: 5/10

Tracklist:

1. Solve
2. Wolves ov Siberia
3. God = Dog
4. Ecclesia Diabolica Catholica
5. Bartzabel
6. If Crucifixion Was Not Enough…
7. Angelvs XIII
8. Sabbath Mater
9. Havohej Pantocrator
10. Rom 5:8
11. We Are the Next 1000 Years
12. Coagvla
Autor

695 tekstów dla Chaos Vault

2 komentarze

  • Widzę, że nie tylko ja uważam ILYAYD za płytę wybitnie przereklamowaną i nudną. Ale na ogół tak jest- im bardziej nadęty balon, im większa nagonka medialna, pardon, promocja, tym większe rozczarowanie.

  • ta płyta to jakiś żart… Dla gimbazy… 5/10 to łaską wielką to badziewie potraktowaliście

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *