Baise Ma Hache „The Pale Riders – L’appel du vide”

Baise Ma Hache > The Pale Riders - L'appel du vide

Wydawca: Hammerbolt Productions

Kotłuje się w tym francuskim podziemiu i to dość mocno. Na światło dzienne wyszedł kolejny album Baise Ma Hache i to nie byle jaki! Długograj zatytułowany “The Pale Riders – L’appel du vide” to kolabo znanych już Wam fanów siekier z niejakim Paulem Waggener’em, bardziej znanym z organizacji Operation Werewolf. Paul jednak nie jest “zwykłym” black metalowcem, ponieważ w jego serduszku również pogrywa Outlaw Country. Ciekawskich, czym jest cała ta “Operacja Wilkołak” odsyłam do przeszperania internetu.

I tak oto dzięki tej kooperacji narodził się całkowicie nowy podgatunek blacku. Roboczo pozwolę go sobie nazwać Outlaw black metal. Tak, drogi czytelniku – ktoś śmiał dodać wstawki country do black metalu, nim jednak zaczniesz toczyć pianę z ust i powiesz, że to profanacja, pragnę uspokoić, że jest to kawał świetnej muzy, który prawdopodobnie pojawi się w rocznym podsumowani na naszym portalu.

Po świetnym wprowadzeniu przychodzącym na myśl stare westerny zostajemy ponownie zdzieleni jak na poprzednim albumie przez nadjeżdżający motor, który tym razem zmierza w bezkresną dal Czerwonej Pustyni. Chcąc się pozbierać po niefortunnym wypadku, dostaniesz jeszcze w mordę garścią piachu, który niesie się przez drogę popychany apokaliptycznymi wyjcami Thorwalda i Hreidmarra. Jednak to dopiero początek atrakcji…

Liżąc swe rany, usłyszycie spokojniejsze chwyty gitarowe i czysty wokal Paula (który brzmi świetnie) i poczujecie się, że trafiliście na jakąś spokojną wieś zapomnianą przez boga. Jednak jest to tylko iluzja, ponieważ w dali czai się kolejny stalowy rumak, który tylko czeka, by rozjechać jakiegoś nieszczęśnika. Zanurzając się coraz głębiej w tym albumie obie te rzeczy, coraz bardziej zaczynają się zazębiać, dając, tutaj użyję dość dystyngowanego słowa fenomenalnie. Nie sądziłem, że country może tak bardzo pasować do czarnej sztuki. Jest w tym coś naprawdę magicznego, z jednej strony mamy całą to otoczkę apokalipsy i pędu, ale jest ona połączona z chwilami prawdziwej ekstazy.

Nie chcę zdradzać, co jeszcze napotkacie na tym krążku, ale będą to tylko same plusy. Dawno się tak pozytywnie nie zaskoczyłem. Jeśli następny album pozostanie utrzymany w podobnej stylistyce, to wróżę tutaj ponownie spory sukces. Według mnie obowiązkowa pozycja na półce każdego szanującego się fana black metalu.

Ocena: 9/10

Tracklista:

1. Ghost of the Gallows,

2. Le feu sacré

3. L’éternel retour

4. L’empire du rien,

5. Men Among the Ruins

6. Chevauche la tempête

7. Wolves (Marduk cover)

8. Vienne la nuit

Autor

205 tekstów dla Chaos Vault

Główny ekspert w dziedzinie szkalowania, lubujący się w czarnym metalu oraz wszelakich ambientach i innych wybrykach natury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *