Amorphis „Silent Waters”

Wydawca: Nuclear Blast

Kiedy z Amorphis odchodził Pasi Koskinen, wielu wieszczyło muzyczną śmierć Finom. Bo nie znajdą wokalisty który pasuje do koncepcji zespołu, bla, bla bla. I nagle cud. Znalazł się. Nazywa się Tomi Joutsen i kopie dupy swoim głosem. A jak się ma Amorphis na swojej 8 studyjnej płycie? A zaraz Wam powiem.

Ma się zajebiście dobrze. Bo Finowie nagrali płytę piękną. Tak, nie bójmy się tego mało satanistycznego i mrocznego słowa. Przez 41 minut, siedziałem z szczęką na podłodze, że można nagrywać jeszcze takie płyty. Album na którym nie są najważniejsze popisy indywidualne muzyków, którzy przecież grać potrafią. Tutaj ważne jest, żeby muzyka pasowała do treści które zespół chce przekazać. I pasuje. Słuchając „Silent Waters” ma się to wrażenie, jak przy płytach pokroju „Reign in Blood” wiadomo kogo, że żaden dźwięk nie jest przypadkowy. Wszystko do siebie pasuje. Nawet lekko elektroniczny motyw w 3 utworze, na początku wydający się nijaki, po kilku przesłuchaniach nabiera sensu. Bo Amorphis ma to czego brakuje obecnie wielu zespołom. Lekkość tworzenia świetnych, przebojowych płyt. Oczywiście okraszonych mocą. Bo płyty Finów tworzą wokół siebie, wiem że to wyświechtane stwierdzenie, klimat. Klimat niemalże mistyczny, który nas otacza w momencie kiedy słyszymy pierwsze dźwięki ich płyt i chroni nas przed złem świata codziennego. Ba, nie opuszcza nas on, nawet wtedy gdy płyta dobiegnie końca. Przesadzam? Uderzam w jakiś niemal, patetyczny i poetycki ton? Zgadzam się, ale taka jest właśnie ta płyta. Zapewne dużo robi tutaj temat, który Amorphis wybrał. I tu właśnie widać genialność zespołu. Bo płyta jest oparta na jednym z epizodów fińskiej epopei zatytułowanej „Kalevala” (nie pierwszy zresztą raz). Temat przyznacie wymemłany już przez 100 tysięcy zespołów. Jasne. Jednak, tylko Amorphis potrafił tak genialnie ubrać to w muzykę. Zresztą co ja się będę tu rozpływał, jak 16-letni kindermetal nad najnowszą płytą Kredek.  Posłuchajcie sami. A pierwszy utwór na płycie bije dotychczasowe hity Amorphis na głowę. Nawet mój ulubiony „Drowned Maid”, a to już dużo znaczy. Słaby punkt płyty? Nie mogę się jej nasłuchać.

Rok po ukazaniu się, trochę według mnie słabszego „Eclipse”, Amorphis wraca w gry.  Tomi pokazał, że jest godnym następcą byłego wokalisty.  Bo i ryczy i śpiewa czysto. Na „Eclipse” dopiero się „przecierał” Co to z tą płytą będzie? Nie mam pojęcia, ale u mnie ma miejsce na pierwszej półce. I wam również radzę się w nią zaopatrzyć. Bo warta ta płyta jest tych kilkudziesięciu złotych.

Ocena: 9/10

Tracklist:

01. Weaving the Incantation
02. A Servant
03. Silent Waters
04. Towards and Against
05. I of Crimson Blood
06. Her Alone
07. Enigma
08. Shaman
09. The White Swan
10. Black River
Autor

3608 tekstów dla Chaos Vault

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *