Keep of Kalessin „Kolussus”

Wydawca: Nuclear Blast

Jest taki kraj w Europie, który jest mokrym snem każdego prawdziwego black metalowca, co to słońca się boi i dlatego dopiero wieczorem chyżo po lasach biega. Jest taki kraj, gdzie Fenek popyla na nartach razem ze swoim kolegą  Nokturnusiem. I nie mówimy tu o Włoszech. Tak. Norwegia. Powiało chłodem.
I jest sobie w tym kraju, taki zespół jak Keep of Kalessin. Istniejący od 1993 roku, aczkolwiek jakby trochę w cieniu. Fakt, ma kontrakt z Nuclear Blast, ale kto z bardziej znanych bandów z Norwegii  nie ma z nimi kontraktu. Na temat płodności muzycznej naszych nie-sąsiadów z północy, niejeden domorosły recenzent stworzył już wiele teorii. Ale my nie o tym, tylko o najnowszej płycie wspomnianego zespołu. Mamy tu do czynienia z black metalem, aczkolwiek w jego bardziej melodyjnej formie. Do tego doprawione to wszystko szczyptą progresji, motywami a’la rock&roll ( pierwszy riff z „Wamonger” ). Znajdzie się utwór bardziej nostalgiczny, pokroju „The Mark of Power”, którego początek nieodmiennie kojarzy mi się z Amorphis. Nad całym albumem unosi się lekka nutka dekadencji, czyli klawisze. Na szczęście nie z typu tych, które prezentuje Tuomas Jestem-zajebisty-bo-gram-w-Nigthwish Holopainen. Prościej mówiąc, nie ma wiochy. No  „oldskulowy” black metal jak znalazł. Także jakość nagrania jest jakże typowa dla „oldskula”. Tak moi drodzy,wszystko słychać. A tak na poważnie. Ciekawe połączenie czystości dźwięku, z jednocześnie „przybrudzonymi” gitarami. I mimo dość zróżnicowanych wpływów muzycznych, które znajdziecie na „Kolossus”, wszystko ładnie (fuj, cóż za nie blackowe słowo. Będę się za nie byczył w raju) współgra. Inna sprawa, że jak już wspominałem Keep of Kalessin to nie jacyś tam amatorzy, co to grają ze sobą pół roku i już myślą, że napierdalają jak Slayer, czy inny Morbid Angel. Faktem jest, że Keep of Kalessin jakoś nie może się utrzymać w ekstraklasie norweskiego grania. Zawsze sobie stoją tak z boku co nieco. Nie wiedzieć czemu, bo zespół przedni.
Spotkałem się z opiniami, że od „Kolossus”, lepsza jest jej poprzedniczka zatytułowana „Armada”. W sumie, jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje, czy raczej nie powinno, ale dorzucę kamyk. Moim zdaniem „Kolossus” jest dużo lepszy. Wyraźnie widać, że zespół rozwija się. W dobrym kierunku. Oby tak dalej.

Ocena: 7.5/10

Tracklist:

01. Origin
02. A New Empire’s Birth
03. Against the Gods
04. The Rising Sign
05. Warmonger
06. Escape the Union
07. The Mark of Power
08. Kolossus
09. Ascendant
Autor

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *