Wydawca: Nordvis Production

Zima nie odpuszcza. Cały czas w okolicy zera, wiatry wieją, słońca też jakoś brakuje. Nie ma mowy, trzeba się grzać pod pierzynką z dziewuchami, a najlepiej takimi, które fikołki mają we krwi, a i które ścisnąć tu – z naciskiem na TU – i ówdzie potrafią. Stilla też potrafi, bo za jej nazwą stoją takie nazwiska jak P. Stille, A. Vidhall, A. Pettersson i J. Marklund z takich boysbandów jak: Isvind, Kvist, Tulus, Dødheimsgard, Old Mans Child czy chociażby Armagedda / Lönndom… wszystko jasne ? Nie do końca.

Stilla reklamuje się jako zespół, który gra black metal na jakąś tam „pi-arowską modłę”. Ok… i to po parunastu minutach obcowania z debiutanckim „Till Stilla Falla” wszystko by się zgadzało. Jednak jak zwykle to bywa, pozostaje jakieś „ale”. I tym „ale” jest to, że kolesie w dodanej „ulotce promocyjnej” najzwyczajniej w świecie walą słuchacza w „kakao”. Tak jest moi drodzy państwo, czepiam się. Mimo iż podbudową każdego z kawałków jest tutaj na pewno black, to jednak nic nie jest tak oczywiste. Czemu ? Niby wokalizy Petterssona stoją na poziomie przyzwoitym, rzekłbym nawet z czasów Armageddy (co jest dla mnie in plus). Więc mamy black. Bębny i raz po raz zapodawane blasty wyplatane z klawikordami tworzącymi jakąś tam psychodelę też stoją na poziomie, rzekłbym nawet, bardzo dobrym. Powiedzmy, że też mamy black. Tylko co z tego ? Skoro mocy to jakoś nie ma, rozwarstwia się to wszystko gdzieś w okolice… rockowych i akustycznych brzmień (partie basu w takim „Askormen” są całkiem w „bułeczkę”), okultyzmu i ogólnego czczenia klimatu zimy i trepów z północy ?! Ok. Narzekam. Czepiam się nie potrzebnie, skoro wiadomo, że tak to w tym „gatunku” być musi. I w zasadzie powinno mi się to wszystko podobać, bo przecież taki „Aldrig Döden Minnas..” jedzie na początku Satyriconem z „Nemesis Divinia” (z numeru: „Du som hater gut” w gwoli ścisłości) a całość, jako zamknięty koncept trzyma przyzwoity, wręcz czarci jak smoła „opadnięta” na szwedzki śnieg, poziom… Więc co jest nie tak ? Nie ma to klimatu. Powera i przede wszystkim siary. Niby wszystko, co na „Till Stilla Falla” się znajduje, „buja” jak należy. Jest zimno, jest – o cholera jakie to słodkie – tajemniczo, ale nie posiada to takiej aury jak chociażby „Besvärtade Strofer” takiego Lik, czy chociażby dzikości i wściekłości „Only True Believers” takiej Armageddy (to tak około porównawczo, co byście mieli wykładnię). I tutaj wszystko jest pogrzebane.

W ogólnym rozrachunku: Norwegowie i Szwedzi w kooperacji „są kul”. Mają Bergmana, filmy na miarę „Jestem ciekawa – w kolorze żółtym”, niezły social, masę emigrantów i do tego jeszcze większą rzeszę muzyków i Stillę, która w debiucie pokazała, że pomysł na granie posiada. Niestety, nie rusza mnie to w ogóle tak, jak i Oracle abdykacja papieża. Nie mniej posłuchać można, co i Wam polecam w te jeszcze zimne i ciemne dni.

Ocena: 7/10

Tracklista:

01. Tidlösa Vindar
02. Aldrig Döden Minnas..
03. Askormen
04. Hinsides Dagen
05. Allt är Ater
06. Till Stilla Falla