Dość długo nie byłem pewien czy uda mi się 18 sierpnia dotrzeć do Krakowa. Mimo iż zestaw Panzerfaust i Afsky jest bardzo poważnym magnesem, różne zawirowania życiowe mogły mi uniemożliwić sprawdzenie tych dwóch zespołów na żywo. Jednak szczęśliwie dotarłem do Krakowa w ten poniedziałkowy wieczór, jako element czteroosobowej rzeszowskiej delegacji.
Klub Gwarek to dla mnie nowa lokalizacja na mapie koncertowej Krakowa, bo jeszcze tam nie byłem. Pierwszy rzut okiem i „o kurwa jakie to jest małe…” To prawda, klub niewielki, ale za to wysoki, więc od razu napiszę, że brzmienie przez cały koncert było całkiem niezłe, niepozbawione mankamentów, ale jak na taką wielkość lokalu, udało się zabrzmieć zespołom przyzwoicie. Zapomniałem zupełnie, że do wyżej wymienionego zestawu dołączył jeszcze zespół Zmarłym i to w trakcie ich występu dotarliśmy do klubu. Wiele nie przegapiłem, bo może z 10 do 15 minut, ale też i nie żałowałem. Jakoś tak wyszło, że na łamach Chaosa jestem naczelnym recenzentem tego bandu. Dwa pierwsze wydawnictwa jeszcze w miarę wspominam, ale nie wracam. Ostatnie „Wielkie Zanikanie” wspominam dość mocno średnio i również nie wracam. A co do koncertu? Mnie nie porwali. Wyłapałem z kawałków „Idziemy w Mgłę”, „Ludzie Schronu” czy „Wielkie Zanikanie”. Obserwując ludzi wokoło stwierdziłem, że jednak ma ten zespół swoich fanów, którym im zapewnie przybywa systematycznie. Mnie ten występ zupełnie nie porwał. Nie zyskały dla mnie ich kawałki jakiegoś lepszego wymiaru. Nie zrobiły się ciekawsze… Nie chce tu też wymyślać, bo nie mogę podać żadnego konkretnego powodu, dla którego nie chciało mi się za bardzo śledzić tego, co się dzieje na scenie. Zwyczajnie mi się nudziło i wizja metalu serwowana przez Zmarłym mnie nie przekonała. Napiszę więcej, w kontekście kolejnych kapel wypadli bardzo blado, ale do tego jeszcze dojedzmy.

Zmarłym zakończyło swój występ, ja poszedłem się przewietrzyć, bo w klubie to była temperatura nie do zniesienia. Powiem tak: jeszcze z 50 osób może by tam upchnął, ale ludzie chyba by mdleli z braku tlenu. Zakupiłem sobie też piwo w cenie, jakości oraz gramaturze, której mi się nawet nie chce komentować… Zaszedłem też zaglądnąć na sklepiki. Każdy zespół przywiózł sporo rzeczy. Ja obkupiłem się najpierw u Panzerfausta, a potem u Afsky, natomiast Zmarłym ominąłem… Na co warto zwrócić uwagę to Afsky wyszedł do klienta z zupełnie nowym rodzajem merchu. Kubek, talerz czy miska z logiem zespołu? Proszę bardzo! Co ja na to? Czemu nie? Kubek zajebisty, bo metalowy, szkoda ze nie w rozmiarze, który pomieściłby całe piwo.

Szybko zeszła instalacja i lecimy z najpewniej koncertem wieczoru. Afsky to dla mnie fenomen. Zespół trochę znikąd, niezwiązany z żadną mocniejszą sceną, a nagrywa takie płyty, że kapcie spadają. Byłem zajebiście ciekawy jak to się na żywo zaprezentuje i szczerze przyznam, że zbierałem szczękę z podłogi klubu. Było to tak niesamowicie intensywne doświadczenie, chmura dźwięków generowanych na scenie pochłaniała kompletnie. Nie będę Wam wymyślał tych duńskich tytułów, bo zwyczajnie ich nie pamiętam, ale zagrali naprawdę zajebiste numery. Tylko pytanie czy oni czasem nie mają samych zajebistych numerów na samych zajebistych płytach? Całkowicie poniosły mnie te dźwięki i zupełnie straciłem rachubę czasu. Około godziny nieprawdopodobnie intensywnego muzycznego doświadczania, które rekomenduję każdemu fanowi black metalu. Pan, który jest ciałem sercem i umysłem Afsky, czyli Ole to jest na scenie jakaś bestia, natomiast na sklepiku super miły gość, który z każdym zamienił kilka słów. Wielki szacunek za to, co stworzył. Afsky to jest zespół wybitny. I jeszcze taki miły akcent w kierunku polskiej publiki: koszulka Kata opinająca tors wioślarza po stronie lewej sceny.

Po ich występnie uzupełniłem sobie złocisty napój, wydałem parę euro na stoisku Afsky, wywietrzyłem głowę na zewnątrz i ruszam na Panzerfaust. Panowie zanotowali lekką, dochodzącą do maks 15 minut obsuwę i się zaczęło. Już samo pojawienie się zespołu na scenie w pełnym rynsztunku wzbudziło pewne poruszenie… Szczególnie wyróżnia się wokalista, który delikatnie rzecz ujmując, jest dość pokaźnej postury chłopem. Zaczęli naprawdę z grubej rury, bo jednym ze swoich najlepszych kawałków, czyli „The Day After Trinity”, w którym rozkłada mnie na łopatki ta perkusja i dość niestandardowe patenty gry na niej. Świetnie to było też rozegranie wokalnie. Znakomicie się dwóch wokalistów uzupełniało i brzmiało to naprawdę potężnie. Ten zespół zawsze zachwycał mnie niebanalnymi aranżacjami i ten numer jest tego bardzo dobrym przykładem. Lepiej nie mogło się to rozpocząć. Liczyłem też na „Occam’s Fucking Razor” czy „Stalingrad, Massengrab” i też poleciały te kawałki. Nie liczyłem natomiast, że poleci „God’s Gonna Cut You Down”. Zawsze jest ciekawie, gdy metalowa kapela pokusi się o zagranie coveru czegoś zupełnie nie metalowego. Ten numer jest świetny i wyszło to na żywo naprawdę dobrze. Panzerfaust też dostał godzinę na zaprezentowanie się publice i wykorzystał ten czas znakomicie.
I teraz ważne pytanie: co było lepsze tego wieczora Panzerfaust czy Afsky? Stawiam na Afsky! Panzerfaust jest świetny, ale mają oni numery wolniejsze, mniej koncertowe. Kawałki, które lepiej brzmią z płyty. Afsky natomiast jest to pierdolony huragan, który jeńców nie bierze! Zmarłym do pominięcia…
Zajebiście się cieszę, że jednak udało się ruszyć mimo przeciwności losu znaleźć się tego wieczora w Gwarku.




