Tradycyjnie, do końca nie wiedziałem, czy uda mi się wbić na ten gig. Na szczęście jednak koniec końców wyrobiłem się z robotą na tyle, by w sobotnie popołudnie wsiąść w czarną lwicę i udać się do Krakowa. A ostrzyłem sobie zęby szczególnie na jeden zespół, natomiast w ostatecznym rozrachunku wszystkie trzy kapele dołożyły tego wieczoru równiutko do pieca. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
W ogóle największy problem miałem ze znalezieniem noclegu na weekend w Krakowie. Pół Polski zjechało się ponoć na jarmark na rynku, przez co ceny skoczyły jak popierdolone. Tysiak za pokój w trzygwiazdkowym hotelu? No kurwa bez jaj. Szczęśliwie znalazłem chyba ostatni wolny pokój z w miarę normalną ceną. Po zalogowaniu zostawiłem bety i udałem się bolcikiem do klubu Laboratorium Scena, totalnie wcześniej mi nieznanego. Okazało się, że znajduje się w bliskiej okolicy Hype Parku, dosłownie o rzut krzyżem. W środku – zimnica w chuj, ale jako że i tak nie było żadnej szatni to generalnie waliło mnie to. Po zbiciu piąteczki z De Atevsem oraz Gregiem zakupiłem piwerko i poczłapałem pod scenę, gdzie już rozkładała się krośnieńska Pogarda.
Kilka dni wcześniej grali w Rzeszowie, niestety – mimo że event miał miejsce może z 2000 metrów od domu, nie udało mi się przybyć. Ale w Krakowie, mieście oddalonym o 178 km – why not. No dobra, zespół jest młody, to już wszyscy wiedzą. Ich ostatnia EPka na kolana mnie nie rzuciła, natomiast nie była też tragiczna i jestem za tym, by dać im szansę. I zdanie to podtrzymuję po koncercie w Laboratorium – wypadło nieźle, ale ze sceną jeszcze trochę trzeba się otrzaskać. Zdziwiony też w chuj byłem doborem coverów: Gruzja i Owls Woods Graves… Owszem, bardzo lubię, ale czy nie za wcześnie by coverować? Z drugiej strony chłopaki przyznają, że w zasadzie to mało słuchają black metalu spoza Polski, więc może nie powinienem być zdziwiony. Zaś same numery autorskie – nie są złe, na żywca tak samo. Jak dla mnie – idealny zespół na otwarcie, człowiek trochę posłucha, trochę się poszwęda, trochę piwa się napije.

W oczekiwaniu na drugi band tego wieczoru, będący zarazem w sumie gospodarzem tej imprezy – krakowski Kir. „L’appel du Vide” znam i lubię. Zespół na scenie czuł się już zdecydowanie pewniej, niż poprzednicy, no ale i muzycy trochę bardziej doświadczeni. Na początku nie obyło się bez problemów technicznych, wokalisty chuja było słychać, szczęśliwie szybko naprawiono co trzeba było naprawić. A potem to już poszło – z płyty ich black metal nosi dość wyraźne wpływy Odrazy czy Medico Peste, natomiast na żywca zdecydowanie dawali więcej od siebie i te numery brzmiały naturalniej. Grupa nie ma mega długiego stażu, ale słychać ogranie – ze sceny buchała kurewska energia, szczególnie pod sam koniec. Publika zagęściła się, nawet mini młyn się na moment rozkręcił. Ciekawostką był występ wspólnie z wokalistą Porońca, no ale gitarzysta Ferment znikąd się nie wziął, a o tym zespole już kilkukrotnie ciepło się wypowiadałem. Więc nie ma się co dziwić, że mi się podobało. Kir dał świetne show i chętnie zobaczę ich po raz kolejny.

W międzyczasie piweczko – i alkoholowe i bezalkoholowe i nawet jakiś energetyk, ażeby mieć siły na dalsze harce – również te pokoncertowe, gdyż już nie te lata i trzeba się wspomagać. Przerwa jakby odrobinę dłuższa, no ale cóż – na dobre należy czekać. Szczególnie, że jechałem specjalnie na ekipę z Lewina Brzeskiego. Pewnie z pół godziny im zabrało, żeby wszystko tam poogarniać, ale wreszcie zaczęli. Königreichssaal weszło na deski Laboratorium i zaczęło koncert. Może mi się wydawało, ale część publiki chyba czmychnęła już z klubu, więc na samym początku pod sceną było jeszcze trochę niemrawo – w sumie na scenie też. Grupa potrzebowała chwili, by wszystko zaskoczyło i przez pierwsze dwa utwory jeszcze nie wszystko mi tam się kleiło. Wraz z napływem ludzi pod barierki jednak muzyka Königreichssaal nabierała animuszu i gdy już zażarło to na całego. Zespół ubrany w białe koszule i koszulki (poza jednym), z poczernionymi twarzami (no, pałker miał na sobie katowski kaptur) odjebała naprawdę wspaniałe show. De Atevs to jest wokalista jakich mało, a na żywca jego wokale nabierają jeszcze więcej dramatyzmu niż z płyt. Co mnie szczególnie ucieszyło – zagrali chyba obydwie EPki w całości plus numery z dwójki – nie jestem pewien, czy z debiutu również coś poleciało, bo akurat do niego wracam najrzadziej. I powiem Wam, że takie kawałki jak „W służbie królestwu głupoty” czy „Semana Tragica” na żywca to jest coś wspaniałego. Ten zespół jest obecnie jednym z najlepszych black metalowych aktów w Polsce, a tego wieczoru przekonałem się, że i koncertowo grają tak naprawdę we własnej lidze. Kurwa, oni nawet bisowali na wyraźne życzenie publiczności…

Tak więc pięknie było. Dwa bardzo dobre strzały i jeden przyzwoity – jak dla mnie idealne koncertowe zakończenie 2025 roku – wśród BDB kolegów, tych starszych, tych dawno nie widzianych lub widywanych rzadko, jak i nowopoznanych… Po całym koncercie przytrafił się jeszcze bardzo porządny afterek, ale to już rzecz na inną opowieść. A wracając do tematu – jeśli będziecie mieli okazję sprawdzić koncertową formę Kir i Königreichssaal, nie wahajcie się ani momentu. Czapki z głów.




