Wydawca: Doomentia Records
Patrząc na okładkę myślałem, że będę miał do czynienia z jakimś epickim black metalem albo coś, gdyż nie była znana mi wcześniej stylistyka Ordo Infernus.
Co dziwnym nie jest, bo „Invictus Et Aeternus” to dopiero ich debiut. Ich, a konkretnie kwartetu złożonego z byłych lub obecnych muzyków takich kapel jak Excruciate, Disma, Godhate czy Necrophobic. Czyli już po samych tych nazwach widać, że power metalu tutaj nie uświadczycie. I macie rację, bo debiut składa się z dwunastu death metalowych numerów. Trochę ich jest i to jest jeden z pierwszych zarzutów – krążek się dłuży, zwłaszcza że niestety muzycznie Ordo Inferus jest dość przeciętne. Ot, zwykłe death metalowe łupanie, gdzie słychać przede wszystkim Szwecję, ale i nie wiem czemu kojarzy mi się to z naszym Vader – z „Necropolis” czy „The Beast”. Aaa, to już wiem dlaczego – „Invictus Et Aeternus” jest równie miałka i nudna. To jest właśnie główny zarzut względem tego albumu – nuda zeń wylewa się litrami. Od początku do końca płyty wszystko brzmi tak samo. Nie ma ani chwili, ani momentu, żeby zespół pokusił się o jakiekolwiek urozmaicenie. Owszem, mniej więcej w połowie mamy instrumentalny, spokojny przerywnik, ale nic poza tym. Teksty – tytuły niby po łacinie, ale już same liryki oczywiście po angielsku. To wszystko do kupy składa się na to, że po czterech odsłuchach debiutu Ordo Inferus nie mam ochoty na więcej. Co dziwne, ten album ukazał się via Doomentia Records, która przecież specjalizuje się raczej w innej muzie. Owszem, wypuściła kilka dobrych nie-doom metalowych rzeczy, ale tutaj to się już dziwię…
Cóż, jeśli chcecie sobie posłuchać przeciętnej kopii Vadera z najsłabszych płyt, to polecam Wam „Invictus Et Aeternus”. Nic więcej nie mam do powiedzenia.
Ocena: 5/10
Tracklist:




