Wydawca: Iron Bonehead Productions
No, nareszcie – po jedenastu latach Necroholocaust wypuścił debiutancki, pełnowymiarowy krążek, bo ileż można tych splitów?
A na krążku, zatytułowanym uroczo „Holocaustic Goat Metal” znajdujemy zarazę, nuklearne grzyby i maski pegazki. Czyli to co kurwa bardzo lubię – tak się gra black/death metal (gdy słyszę, że Hate też gra black/death metal to mi się kurczą jądra). Barbarzyński atak, do jakiego od zawsze przyzwyczajała nas kanadyjska ziemia w zasadzie opiera się na kurewsko prostym patencie – ultra szybkie i agresywne napierdalanie przypominające apokaliptyczne załamanie pogody, po którym następują rytmiczne, mocarne zwolnienia, tak mniej więcej do średnich, marszowych temp. I tyle, nic więcej nie potrzeba w przypadku tych fajerwerków – chyba jedynym urozmaiceniem jest ciekawa perkusja, kończąca bodajże „Infinite Death Prophecy”, choć nie nastawiajcie się na powtórne odkrycie Ameryki. Ilekroć słucham „Holocaustic Goat Metal” mam wrażenie, że niebo zaraz zasnują czarne chmury, uruchomią się syreny alarmowe, a spod ziemi zaczną dobywać się gryzące opary. Necroholocaust pokazuje, że w takim gatunku jakim jest bestialski black/death metal mimo wszystko nie ma wielu zespołów, które przynosiły by pożogę i zniszczenie na zbliżonym poziomie – jest wiele kapel, ale prym wiodą jednostki. Jak to w życiu.
No, to maniacy Kanady będą mieli uciechę, bo album już od kilku dni jest dostępny. Kto jeszcze się waha niech weźmie sobie tę recenzję do serca. Polecam.
Ocena: 9/10
Tracklist:




