Wydawca: Debemur Morti Productions
Postanowiłem zabrać się za recenzję najnowszego wydawnictwa Manes z tego względu, że poprzedni materiał „How the World Came to an End” bardzo mi się podobał (a w zasadzie podoba mi się dalej).
Poprzednia płyta była kawałem mocnego elektroniczno/trip-hopowego grania w stylu jaki lubię. Najnowsze wydawnictwo odbiega trochę od tego, co było na tamtej płycie. „Be All End All” to również muzyka klimatyczna, niepokojąca, pobudzająca komórki nerwowe do szybszego przewodzenia impulsów, ale summa summarum czegoś jej brakuje. Nie ma tej iskry, która rozpala ogień. Nie ma tego przewodnika wprowadzającego w świat dźwięków. Nie ma tej magii, która była w ich muzyce przed „Be All End All”. Nie chcę być jednak źle zrozumiany. Najnowszy materiał to dobra płyta, ale bez tego „czegoś”, co sprawia, że z wywalonym jęzorem i śliną cieknącą z ust wsłuchujemy się w każdy dźwięk. Używam takich dziwnych zwrotów, ponieważ umyka mi ten brakujący element. Może to mniej hipnotycznej elektroniki? Może wokale nie są tak przejmujące, jak poprzednio? Najpewniej jednak wszystkiego po trochu. Choć muszę podkreślić, że ten krążek ma jeden zajebiście mocny element. „Name The Serpent” to numer, który wyróżnia się na całej płycie. Zajebisty rockowy motyw, transowy feeling i refren, który będziecie podśpiewywać na ulicy. Zdarzyło mi się to raz czy dwa, gdy idąc chodnikiem nuciłem sobie ten wspaniały utwór. Mogę dać za niego oczko wyżej w ocenie, ale nie zmieni to faktu, że płyta mi nie leży.
Jeśli będę miał nastrój na takie granie z pewnością najpierw rozważę sięgnięcie po inne wydawnictwa z tej szufladki.
Ocena: 7,5/10
Tracklist:




