Wszedłem chyba w taką fazę, że znów mam ochotę na obejrzenie koncertów części z herosów młodości. Za gówniaka wiadomo – człowiek marzył o tym, żeby zobaczyć sobie takie Iron Maiden na żywca. Potem wszedł w fazę podziemniaka i takie mainstreamowe zespoły nie obchodziły go aż tak bardziej. I nagle czterdziestka wybiła, człowiek widzi anons o trasie Run for Your Lives 2025 tour i pyta się lubej, czy nie miałaby ochoty na wycieczkę gdzieś do Europy.
Początkowo wybraliśmy Danię jednak szybko się okazało, że tamtejszy koncert wyprzedał się na pniu. Cóż było zrobić, postawiliśmy na starą, dobrą Pragę. Po zaplanowaniu sobie wyjazdu, zabookowaniu noclegu (u samych stóp Mostu Karola – jakby ktoś pytał sa tu plusi i minusy) wyruszyliśmy w podróż. Praga jak zwykle piękna, uwielbiam klimat tego miasta. Na miejscu byliśmy już w czwartek, ale po ilości koszulek z Eddiem na mieście doszedłem do wniosku, że nie tylko my zrobiliśmy sobie wycieczkę. Sobota wiadomo – zaczęła się od piwkowania, a że Praga knajpami stoi nie było to problemem.
Już na wstępie było jasne, że odpuszczamy suport. Powodów było kilka, najważniejszy to taki, że psiak został sam w hotelu i nie chciałem, żeby za długo zostawał bąbelek bez opieki. Dwa – w życiu chyba nie słyszałem Halestorm i nie odczuwałem się uboższy w związku z tym. Lotnisko oddalone jest od centrum jakieś kilkanaście kilometrów, więc boltem pokonaliśmy je w kilkanaście minut – akurat, żeby osuszyć ćwiarteczkę Becherovki. Policja nie dopuszczała pojazdów pod samo miejsce eventu, co było rozsądnym posunięciem, więc ostatnie dwa – trzy kilometry pokonaliśmy pieszo.
I teraz co – uwielbiam koncerty w Pradze z uwagi na świetną organizację. Na teren koncertu dostaliśmy się może w dwie minuty – zero kolejek, problemów, formalności. Rach ciach i człowiek już może się cieszyć koncertem – a to kurwa ważne, gdy sprzedało się sześćdziesiąt tysięcy biletów. Jako, że bilety zakupione dotyczyły płyty zajęliślmy sobie miejsca takie, żeby było wszystko widać i grzecznie czekaliśmy. Wbiliśmy akurat na styk, bo równo o 20:00 rozbrzmiało intro w postaci numeru „Doctor Doctor”…
A zaraz po nim wjechały podniosłe „The Ides of March”. Scena w anturażu przywodzącym na myśl dwa pierwsza albumy – doprawy robiło to wrażenie. Zaraz po nim gładko przeszli oczywiście w zestaw z tych numerów – „Murders in the Rue Morgue”, „Wratchchild” oraz „Killers” i „Phantom of the Opera”. Nie pamiętam, żeby zespół zająknął się coś o hołdzie dla Paula, a myślę że byłaby to spoko rzecz mimo wszystko. No ale nie moja sprawa. Jak Ajroni zaprezentowali się na scenie? Fantastycznie. Wiecie, w przypadku zespołów, które jak oni świętują swoje pięćdziesięciolecie, zawsze jest ta nuta niepewności – czy wszystko będzie dobrze, czy nadal są w formie? Kurwa, są! Mało tego, rzekłbym że na przykład Bruce był w lepszej formie niż piętnaście lat temu (wtedy widziałem ich ostatni raz). Reszta zespołu tak samo – Steve w tradycyjnej pozie ze swoim basem, Jannick, Adrian i Dave przechadzający się z gitarami… No i sesyjny koncertowy pałker Simon też totalnie dawał radę.

Koncerty Iron Maiden to jest kurwa rozmach – więc oczywiście na scenie cały czas coś się działo. Scenografia zmieniała się w zależności od utwory – nie dziwota więc, że gdy wjechał „The Numer of the Beast” za muzykami pojawiły się ognie piekielne. A przy „Powerslave” wiadomo – piramidki. Zresztą na tym albumie zespół skupił się nieco bardziej, bo poza tytułowym usłyszeliśmy też oczywiście „2 Minutes to Midnight”, jak też „Rime of the Ancient Mariner” – z zapowiedzią słowo w słowo znaną z „Life After Death”. Przyznam, że wspaniale oddali klimat tego numeru, w połączeniu z wizualizacjami czuło się niemal ten jebany sztorm o którym śpiewał Bruce. Po nim sceneria za zespołem się zmieniła – zobaczyliśmy walkę Eddiego z Czerwonym Diabłem – oto wjechało „Run to the Hills”! Wszystko odegrane znakomicie, zaś za zespołem wyświetlały się fragmenty starych westernów, te same które widzieliśmy na klipie do tego numeru. Po nim usłyszeliśmy tytułowy numer z siódemki (a wcześniej poleciał jeszcze „The Clairvoyant”) – kurwa mać, jak ten numer cudownie brzmi na żywca! I wróciliśmy zaś do jeszcze starszych kawałków – „The Trooper” (oczywiście Eddie z flagą, Bruce z flagą no i się napierdalają) i „Hallowed by Thy Name” oraz tytułowy z debiutu (tutaj z tyłu wyświetlany był Eddie, ale w tak zajebistej jakości że miało się wrażenie iż zaraz zlezie z tego ekranu i nas wszystkich zeżre w swoim opętaniu – był to bowiem Edawd z okładki „Piece of Mind”). Po tym numerze chwila przerwy, zespół schodzi ze sceny i po dwóch minutach wraca na bisy – słyszymy „Aces High” i wspaniale odegrany „Fear of the Dark”. Ten ostatni – jebane ciary, scena spowita mrokiem, zarysy drzew i nagrobków w tle i Dickinson przechadzający się w cylindrze z lampą karbidówką w dłoni. Wspaniałe show! Specjalnie nie sprawdzałem wcześniej setlisty z Budapesztu, żeby mieć zaskoczenie, co będzie na koniec. I tu – niespodzianka – „Wasted Years”. Uwielbiam ten numer i fajnie, że zakończyli nim całość.

No i po tym jak wybrzmiały ostatnie dźwięki „Straconych Lat” udaliśmy się w kierunku wyjścia. My i pozostałe sześćdziesiąt tysięcy osób. I zaprawdę powiadam Wam – co to było za przeżycie! Koncerty Iron Maiden to doskonałe przedstawienie okraszone doskonałą muzyką. Nie żałuję, że wybrałem się do Pragi i już nie mogę się doczekać, żeby porównać wrażenia ze stolicy Czech z koncertem w Warszawie, który już za niecałe dwa miesiące. Jeśli jeszcze się wahacie, czy chcecie zobaczyć Żelazną Dziewicę w akcji – kupujcie bilety. Do zobaczyska na Narodowym i tradycyjnie, w Górę Żelazka!




