Wydawca: Unique Leader Records
Za technical brutal death metalem to ja nie przepadam. Jak mam zły dzień, to nie przepadam bardziej, a jak mam kaca, to wręcz go nie znoszę.
A przyszło do mnie Inanimate Existence ze swoim drugim krążkiem, na który wpakowali tyle kombinowania, ile tylko weszło. Uwierzcie – weszło dość sporo. Już okładka przywodząca na myśl jakiś power lub folkowy zespół dała mi do myślenia. A gdzie flaki ja się pytam?! Amerykanie rżną z późnego Death, Atheist czy Cynic, doprawiając to brutalnością Suffocation czy Dying Fetus. Ale co gorsza – wplatają jakieś dziwne rzeczy, typu damskie wokale i zwolnienia pod muzykę niemal gotycką. Coś czasem wplączą typowo jazz metalowego, ale ani to odkrywcze, ani dobre, ani przemyślane. I gdyby te ich nie trafione pomysły, to uznałbym ten album co najwyżej za przeciętny, ale tak to ja tego zostawić nie mogę – płyta jest po prostu kiepska, ulepiona po części z przypadkowych motywów, na które zespół prawdopodobnie natknął się w sali prób i tak zostawił, żeby było jeszcze bardziej technicznie. Jest, ale ja tego absolutnie nie trawię, zaś Inanimate Existence mnie męczy. Jako, że dziś piątek – to granie absolutnie mi nie wchodzi (ale w inne dni tygodnia próbowałem i też nici). Szkoda na nich mojego czasu.
OK, zespół zrecenzowany i mam nadzieję, że to mój ostatni kontakt z nimi. Z drugiej strony – zawsze jestem ciekaw, czy kapela bierze naukę z przeszłości…
Ocena: 4/10
Tracklist:
| 1. | Om Mani Padme Um | ||
| 2. | Omen | ||
| 3. | Bioluminescent Photophores | ||
| 4. | The Rune of Destruction | ||
| 5. | The Catacomb of Mirrors | ||
| 6. | Staring Through Fire | ||
| 7. | Out of Body Experience | ||
| 8. | Dueling Shadows |




