Że życie często weryfikuje moje plany negatywnie to już chyba tak ja jak i Wy przyzwyczailiście się. Natomiast nie zmienia to faktu, że bywa to wkurwiające. Szczęśliwie czasem można zrobić coś dla siebie na otarcie łez. I tak po tym, jak w ostatniej chwili odpadła mi możliwość stawienia się na Death is not the End Fest we Wrocławiu, zdecydowałem że z racji obowiązków służbowych i tak będę dwa dni później w Warszawie. I tam choć w małym stopniu odbiję sobie tę niepowetowaną absencję.
Long story short – po przejechaniu kilkuset kilometrów zgarnąłem kumpla z Rzeszowa i po odbębnieniu obowiązków zajechaliśmy pod klub VooDoo, w którym zaplanowano koncert dwóch kanadyjskich death metalowych grup, mianowicie Sedimentum i Grave Infestation. Byliśmy w zasadzie pierwszymi osobami jakie weszły do klubu i trochę mieliśmy obawy, jak z frekwencją – natomiast koniec końców ta była naprawdę dobra. Szczególne brawa dla osób, które dwa dni wcześniej bawiły się we Wrocławiu, a teraz ponownie stawili się, by przyjąć kolejną wywrotkę gruzu.
Sam klub całkiem fajny, a co mnie szczególnie ucieszyło to szeroki wybór bezalkoholowych piwek, serwowanych przez urocze barmanki. Propsuję bardzo, że w końcu kluby wprowadzają taki wachlarz, a nie ograniczają się do chujowego Żywca albo Heinekena. W oczekiwaniu na gig poplotkowało się o scenie, zbiło kilka piąteczek, a równo o 20:00 na deski weszło Grave Infestation.
Ich ostatni krążek rozjebał mnie na kawałeczki, zresztą wiecie o tym, jeśli tylko czytaliście jeszcze w miarę świeżą recenzję. Dużo więc sobie obiecywałem po ich koncercie – i powiem Wam, że się nie zawiodłem. Grupa z Vancouver weszła na scenę na pełnej kurwie, równie dziko jak na „Carnage Gathers”. Przyznam, że wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że za perkusją siedzi u nich kobieta, Anju, zresztą bardzo sympatyczna babeczka. Natomiast za garkami – wcielona bestia. W zespole również małe roszady, gościnnie na gitarze usłyszeliśmy muzyka belgijskiego Bones. A wracając do konkretów… Ich dziki death metal cholernie kojarzy mi się ze starym dobrym Death czy Autopsy i to było czuć na scenie. Praktycznie zero zwolnień, szybko i agresywnie przed siebie, z pewną nutą prymitywizmu – podobało mi się bardzo. Chwilami wręcz wydawało mi się, że scena dla nich jest za mała, bo cały set byli mocno aktywni. Zagrali coś z osiem numerów o ile dobrze pamiętam i wypadli naprawdę dobrze. Ba zajebiście – przyznam, że z obu kapel to na ich koncert nastawiałem się bardziej, gdyż porównując oba bandy z płyt, to ich muzyka przemawia do mnie odrobinę lepiej. Natomiast…

Natomiast, gdy na scenę weszło Sedimentum, to dosłownie zdmuchnęli mnie ciężarem swojej muzyki. Kurwa. Co tu się odjebało. Reprezentanci Quebeku przeszli samych siebie, a także moje najśmielsze oczekiwania co do ich muzyki. Generalnie ich set składał się raczej z żywszych numerów, ale gdy wjeżdżały niemal doom/death metalowe zwolnienia to ich ciężar wyciskał ze mnie wszystko. Jebana, masywna wywrotka gruzu. Zajebiście im też wychodziły te fragmenty, gdy wjeżdżało więcej growli – bo tutaj udzielał się też i perkusista (nota bene odziany w t-shirt Siekiery). Dzicz, zezwierzęcenie, totalny rozpierdol udzielił się też publiczności, bo o ile przy Grave Infestation pod sceną było gęsto, o tyle prawdziwy mosh miał miejsce przy gigu Sedimentum. Oczywiście, mimo że alko sprzedawane było w butelkach, dało się uniknąć rozpierdolonego szkła pod nogami, czy nawet rozlanego piwerka. Da się? Da się. Sedimentum totalnie rozdał w ten poniedziałkowy wieczór, a na koniec publika wymusiła na nich bis – sami chyba byli tym zaskoczeni. Natomiast, było to naprawdę zasłużone. I ja też poczułem się przemaglowany, jeszcze bardziej niż podczas gigu Grave Infestation. Doskonały koncert.

No i wszystko poszło naprawdę sprawnie – coś koło 22:00 rozpierdol dobiegł końca i grzecznie zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyli na Rzeszów. W uszach jeszcze huczało od dźwięków wspaniałego death metalu, więc jechało się wybornie. Koło 2 w nocy ułożyłem swoje umęczone ciało spać.
Przyznam też, że to chyba – nie wiem, jakim cudem – pierwszy gig w jakim uczestniczyłem, robiony przez Behind the Mountains. Wszystko na najwyższym poziomie, więc jak tylko los pozwoli – wkrótce zjawiam się na kolejnej imprezie Tomasza i spółki.




