decybelowyWydawnictwo Kagra 2016

Po kilku latach przerwy Wojciech Lis wyskoczył z nową książką. Wojciech to wiadomo – gość skromny, więc żadnego szumu nie było, do momentu aż słowo ciałem się stało, więc na przykład dla mnie „Decybelowy Obszar Radiowy” było nie lada zaskoczeniem. Oczywiście zakupu odmówić sobie nie mogłem, zwłaszcza że jestem chyba już ostatnim pokoleniem, któremu dane było czerpać informacje o muzyce z medium jakim było i jest (?) radio.

W moim przypadku co prawda nie były to „Metalowe Tortury”, ale „Nocny Szlak”, którego zacząłem słuchać gdzieś na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, jakoś zaraz na początku liceum albo pod koniec podstawówki. To dzięki tej audycji i Andrzejowi Kukuczce poznałem i pokochałem takie klasyki jak Thin Lizzy, Rainbow, Angelwitch, Accept, a także nauczyłem się pić kawę, żeby dotrzymać do piątej nad ranem (audycja trwała od 23:05 do około 5:00 właśnie) i nagrać te wszystkie fantastyczne albumy na taśmy. Podejrzewam, że osobnicy młodsi ode mnie już na tego rodzaju przeżycia się nie załapali – dla nich „Decybelowy Obszar Radiowy” może zakrawać niemal na książkę z gatunku science – fiction, przynajmniej tak podejrzewam.

Najnowsza książka Wojtka to podróż po tej właśnie fascynującej krainie radiofonii. Czytelnik może zapoznać się z wypowiedziami większości najważniejszych osobowości, które tworzyły powojenną historię polskiego radia – choć tak naprawdę początek rocka (czy jak wtedy go nazywano bigbeatu) w polskim eterze datuje się raczej na lata sześćdziesiąte. Nie wiem czy jest sens wymieniać wszystkie osoby, ale w zasadzie – o kim nie pomyślicie (poza paroma wyjątkami), na pewno znajdziecie jego wypowiedź w tej książce. Starsi może ich słuchali, młodsi – może kojarzą z obecnej, pozaradiowej działalności i pewnie będą zdziwieni – „jak to, ten koleś z Xsięgarni słuchał kiedyś Slayer?!”. Ale zaznaczę od razu – ta książka nie traktuje tylko i wyłącznie o tej „metalowej stronie radia”. Dotykamy tu zagadnienia muzyki rockowej w polskim radiu jako całości, więc jeśli ktoś nastawia się tylko i wyłącznie na czytanie o smaczkach z „Ryłkołak Horror Show” to może czuć się zawiedziony.

Wojtek w „Decybelowym Obszarze Radiowym” pisze jak było i jak jest. A jak było? Ano tak, że dla rzeszy osób za mitycznej komuny to właśnie radio i audycje prowadzone przez prawdziwych entuzjastów były – że polecę cholernym truizmem – oknem na świat. Już w poprzedniej książce Lisa, czyli „Jaskinia Hałasu” było to jasno powiedziane, teraz natomiast jest to dodatkowo wytłuszczone i podkreślone. I mówią o tym ludzie, którzy najpierw sami dali się porwać radiowej fali, zaś potem niejednokrotni sami generowali wstrząsy powodujące kolejne fale, porywające kolejnych słuchaczy. Możemy więc przeczytać o początkach działalności – że będę trzymał się tej bardziej metalowej części książki – Krisa Brankowskiego, Tomasza Ryłko, Jarosława Giersa, Przemysława Popiołka i wielu innych… No i oczywiście klasyków, jak Gaszyński, Chełstowski… Ale na stronicach tej książki znajdują się też osoby z różnych biegunów polityczno – ideologicznych, dziś już w zgoła inny sposób zaangażowanych w media. Jest więc i Urban, ale jest i Tekieli czy Maciej Chmiel. Czytamy więc jak zaczęła się ich przygoda z falami radiowymi, jak sami potem je kształtowali, a także jak postrzegają oni rolę radia dziś.

„Decybelowy Obszar Radiowy” pokazuje nam całą historię polskiego rocka w falach radiowych. Pokazuje jego postrzeganie najpierw w zmurszałym PRL, gdzie często o rozpisce danej audycji decydowali starsi panowie z siermiężnym gustem, sprawdzając od linijki, czy dany utwór pasuje do aktualnej sytuacji politycznej i linii programowej partii. Pokazuje jak młodzi zapaleńcy pojedynczymi utworami drążyli i karczowali drogę dotarcia do słuchaczy takich jak oni sami – kochających muzykę, chcących poznawać nowe dźwięki, nawet jeśli oznaczałoby to pójście pod prąd obowiązującym gustom, nakazom i zakazom. Pokazuje rewolucję, jaka miała miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych – skok w głębokie wody wolnego rynku. Początkowej eksplozji stacji radiowych, działających dziko, kiedy to cała sfera tak naprawdę była pozbawiona jakiejkolwiek regulacji poza tak naprawdę jedynymi czytelnymi – zasadami gospodarki kapitalistycznej. Czytając „Decybelowy Obszar Radiowy” mam wrażenie, że to właśnie pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych była okresem – przynajmniej dla radiowej sceny metalowej – najbogatszym. Lepszy dostęp do zagranicznych wydawnictw, postęp technologiczny, ogólny rozkwit sceny – wszystko to skutkowało audycjami w stylu „Ryłkołak Horror Show”, który wówczas był nadawany na falach radia RMF FM. Wiem, bo udało mi się jako dziesięcio – jedenastolatkowi przesłuchać kilka audycji Tomasza, które to pozostawiły naprawdę ślad na mojej rozwijającej się psychice. To wszystko było takie kurewsko wulgarne i nierealne. I to gdzie? W RMF FM. No ale „Decybelowy Obszar Radiowy” pokazuje też i schyłek niezależnej radiofonii, kiedy to miejsce zmurszałych panów z radiokomitetów zajęły młode wilki, odmierzające wartość nadawanej muzyki już nie pod względem poprawności ideologicznej, a ekonomicznej właśnie. Książka pokazuje przejście, zmianę frontu – dobra muzyka teraz nie musiała się już bronić przed schlebianiem gustom proletariatowi miast i wsi, ale będącej w powijakach sile konsumenckiej, rzeczywistym lub wyimaginowanym preferencjom „klienta stacji radiowej”. Dostajemy obraz jak radiowcy robili co mogli, by utrzymać się w eterze, jak nowi decydenci cięli ich audycje, skracając je, przenosząc na mniej opłacalne godziny nadawania – i jak w końcu duża rzesza radiowców rzuciła tym wszystkim w cholerę. Wreszcie dostajemy obraz rodzącego się nowego trendu, czyli przenoszenia niezależnych audycji z muzyką rockową do sfery internetu – co zresztą dzieje się cały czas, aktualnie, na naszych oczach. To tam możemy obserwować odrodzenie prawdziwie niezależnej radiofonii mającej za zadanie propagowanie przede wszystkim wartościowej muzyki.

I tak wertując kolejne karty „Decybelowego Obszaru Radiowego„, czytając wypowiedzi osób, które zgodziły się być częścią tej książki mam właśnie takie odczucie, że koniec końców wydźwięk tej książki jest dość smutny. Większość z nich bowiem opowiada z wypiekami na twarzy, z entuzjazmem, często z nieskrywaną satysfakcją o swojej działalności radiowej, ale równocześnie kwituje swoje wypowiedzi stwierdzeniem, że tak naprawdę to dziś radia już nie słuchają, bo nie ma w nim po prostu czego posłuchać – mowa oczywiście o sferze muzycznej. Że dziś większość stacji radiowych jest do siebie tak cholernie podobna, ich muzyczna ramówka jest niczym kalka. I to jest właśnie smutne – ja między wersami wyczytuję po prostu niejednokrotnie pretensję i żal, że – górnolotnie ujmując – walka radiowców o powiew świeżości w eterze, o szersze otworzenie okna na świat zakończyła się w większości przypadków klęską – całkowitą unifikacją ramówki, wyrugowaniem wspaniałych osobowości radiowych na rzecz… no właśnie – na rzecz czego? Oczywiście nie wszyscy muszą się ze mną zgodzić i oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie było intencją Wojtka wywołanie takiej konstatacji wśród czytelników. Jego intencją – tak myślę – było przedstawienie czytelnikowi fascynującej, magicznej roli, jaką pełniło radio głównie w życiu pokoleń, które dziś mają lat trzydzieści i więcej. I to mu się zdecydowanie udało.

Książkę w zasadzie połyka się na raz – dwa. Czyta się ją naprawdę z wypiekami na twarzy, zwłaszcza jeśli cokolwiek pamięta się z tych czasów, które przedstawiono na łamach „Decybelowego Obszaru Radiowego”. Każdy ją czytający automatycznie przywołuje sobie własne wspomnienia odnośnie czasu spędzanego przed głośnikiem, często z palcem położonym na klawiszu „record”. I myślę, że w imieniu tych właśnie osób wypadałoby podziękować Wojciechowi za trzy lata, które poświęcił, aby te wspomnienia zostały przywołane.