„Władcy Chaosu” – recenzja filmu

Obiecałem redakcji Kejosa recenzję filmu „Władcy chaosu” i stanąłem przed wielkim dylematem. Film ten z jednej strony zasługuje na dłuższą analizę, z drugiej można go po prostu wyśmiać rzucając klika bon motów, memów czy filmików ze śmiesznymi kotkami. Bo powstało dzieło kuriozalne, sprawiające wrażenie tworu grupy schizofreników, którzy wyrwali się z psychiatryka.

Film obejrzałem w ramach Splat! Film Fest w Lublinie. Był to pokaz premierowy w naszym kraju. Mieszkańcy Warszawy będą go mogli obejrzeć 6 grudnia w ramach edycji tego festiwalu w stolicy.

Dla czytelników Kejosa tematyka „Władców chaosu” nie jest tajemnicą. Film opowiada o początkach tzw. drugiej fali black metalu, skupia się głownie na historii Mayhem oraz rywalizacji między Euronymousem a Krystianem o cudownym uśmiechu. Scenariusz oparto na głośniej, acz kontrowersyjnej książce autorstwa Michael Moynihana i Didrika Soderlinda. Produkcja filmu nie była pozbawiona problemów. Czytaliśmy o tym, że norweskie zespoły zakazały użycia oryginalnej muzyki (co spowodowało komentarze typu „film o Mayhem bez muzyki Mayhem”), sprzeciw budziły też anonsowane pomysły dotyczące obsady. W końcu film powstał, a światową premierę miał na amerykańskim festiwalu w Sundance.

Jak to wszystko prezentuje się na ekranie? Porażająco. Twórcy filmu nie potrafili się chyba zdecydować czy robią film na poważnie czy parodię. Postaci są przerysowane, miejscami pewne zachowania doprowadzono do absurdu. Dotyczy to choćby postaci Varga Vikernesa, z którego zrobiono norweską wersję Rona Jeremy. Tylko bez wąsów. Krystian miło spędza czas kopulując z gromadkami fanek. Wolne wieczory spędza podpalając kościoły. Poza tym nie pije alkoholu i nie je mięsa. Jak Hitler. Ach, byłbym zapomniał, ma też zespół na boku i czasem nagrywa muzykę. No i Euro wisi mu kasę. Co jest jedną z przyczyn konfliktu.

Dziwnie wygląda też we „Władcach chaosu” Norwegia. Nie uświadczymy fiordów, słynne lasy przypominają zagajnik przy trasie Lublin-Warszawa. „W Norwegii jak w Świdniku” po kilku minutach seansu stwierdził siedzący obok mnie kolega. Dla niewtajemniczonych w lubelskie klimaty podaje tłumaczenie – „W Norwegii jak w Sosnowcu/Radomiu”.

Po seansie nasuwa się spostrzeżenie, że ta gromada norweskich nastolatków to grupa troglodytów o łącznym ilorazie inteligencji nie przekraczającym 75 IQ. Gdyby nie to, że historia powstania drugiej fali black metalu jest mi znana to po filmie stwierdziłbym, że niemożliwym jest by ta grupa idiotów dokonała czegoś, co zmieniło historię muzyki. A i samej muzyki jest w filmie mało. Mamy co prawda jakieś ujęcia z prób oraz scenę z pierwszego koncertu Mayhem z Deadem na wokalu. Plus jakieś migawki z nagrywania „De Mysteriis…”. Przy okazji wspomnę, że scenarzyści ponownie się popisali. Mamy informację w filmie, że Mayhem wchodzi do studia. Później jest kilkunastosekundowe ujęcie zespołu w studio. Wokalista ma koszulkę Tormentor żebyśmy byli pewni, że to Atilla. Co do muzyki stwierdzę, że brzmi to jak covery Mayhem grane przez cover band na przeglądzie kapel gimnazjalnych.

Akerlund niektóre sceny wydłuża do przesady. Tak dzieje się w momencie samobójstwa Deada, oraz w sekwencji zabójstwa Euronymousa. W tejże dochodzi do kuriozalnej sytuacji. Otóż Krystian, po zadaniu kilku ciosów nożem, wstaje i robi sobie kakao. Po czym wraca do zadawania licznych ran kłutych. Serio. Tak było. Nie ściemniam.

Jest we „Władcach chaosu” jedna scena, która przypomina o talencie reżysera i sugeruje, że film mógł być lepszy. Euro ma coś w rodzaju wizji. Las, Dead biegnący, deszcz krwi, ujęcia są pocięte na kształt montażu teledyskowego. Czarno białe ujęcia mieszają się z kolorowymi. Całość przypomina horror lub klimatyczny teledysk. Trwa to niestety tylko kilkadziesiąt sekund. Reszta to parodia zrealizowana tak, jakby targetem była grupa amerykańskich nastolatków chcących zobaczyć historię o grupie świrów z dzikiego kraju na północy. Nie pokazano nic co sprawiło, że norweska scena była fenomenem i inspiracją dla tysięcy ludzi na całym świecie.

Film ten nadaje się do oglądania po spełnieniu przez widza kilku warunków. Po pierwsze podchodzimy do „Władców chaosu” jako do czarnej he he komedii, po drugie zaopatrujemy się w czteropak piwa lub buteleczkę czegoś mocniejszego, po trzecie zapraszamy znajomych, bo film doskonale sprawdzi się przy grupowym oglądaniu.

Miłego seansu. He he.

„Władcy chaosu”

Tytuł oryginalny: „Lords of Chaos”

Rok produkcji 2018

Reżyseria: Jonas Akerlund

Scenariusz: Jonas Akerlund, Dennis Magnusson, Michael Moynihan, Didrik Soderlind

Występują: Rory Culkin, Emory Cohen, Jack Kilmer, Valter Skarsgard, Sky Ferreira

Autor

2 tekstów dla Chaos Vault

1 komentarz

  • Książka „Lords of Chaos” była krytykowana chyba przez wszystkie norweskie kapele jako sensacyjna i nierzetelna, na czele z Vikernesem, który jest niemalże jej głównym bohaterem (jak raczył to niegdyś powiedzieć Snorre Ruch). Film luźno oparty na tej szmirze mógł być tylko i wyłącznie gorszy, a brak utworów norweskich hord jest tylko wisienką na tym gównianym torcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *