Co ma wspólnego prawdziwy undergroundowiec i słuchacz Radia Maryja? Na pewno wiele, a jedną ze wspólnych cech jest odraza na sam dźwięk brzmienia nazwy Behemoth. Nazwy, która jeszcze kilka lat temu nie była znana poza metalową sceną, dziś w polskim szołbizie jest rzucana niemal równie lekko co Zakopower, Golec uOrkiestra czy Bracia. Z jedną różnicą. O Behemoth powstała już książka, w przypadku reszty – jeszcze pewnie długo trzeba będzie czekać.

„Konkwistadorzy Diabła” pióra Łukasza Dunaja opiewa właśnie historie grupy Nergala od zarania kapeli, w zasadzie po czasy całkiem aktualne. Świeżutkie. Książka, o której już od dłuższego czasu było głośno. Oczekiwanie W słowie wstępnym autor zastrzega, czego w książce nie przeczytamy: prywatnych i intymnych szczegółów życia muzyków (w domyśle zapewne Adama D. przede wszystkim), pikantnych opowieści, ploteczek… ze swojej strony dodam, że jeszcze kilku rzeczy, o których potem. Bo na studiach mnie uczono, iż wszelkie świadectwa historyczne należy czytać zarówno pod kątem tego, co w nich się znajduje, jak i tego, czego nie poruszono.

Książka leci po historii Behemoth chronologicznie, za punkt wyjścia obierając oczywiście początki fascynacji Nergala mrokiem, szatanem i metalem, spotkania z Baalem, pierwszych prób, wspólnych inspiracji, kolejnych wydawnictw, zmian składu, zmian wydawców. Wyraźnie zaznaczono poszczególne momenty zwrotne w karierze Behemoth, wpływ, jaki miały osoby spoza kapeli (a jednak blisko z muzykami związane)… Zwłaszcza bliższa teraźniejszości historia Behemoth, gdy z podziemnego zespołu stają się olbrzymią machiną, jest tutaj opisana dość bogato. Pokazano rozwój zespołu, od supportowania coraz to lepszych i bardziej znaczących kapel, trasach w coraz to bardziej egzotycznych miejscach, przechodzenie z pozycji supportu z Polski na pozycję headlinera – wszystko to zaś podpierane raportami o popularności kolejnych wydawnictw kapeli, tak w sensie artystycznym, jak i materialnym… Całość ozdobiono mnóstwem fotografii, często zaskakujących, stanowiących coś w rodzaju „Behemoth od kuchni”. Sam – przyznam – połknąłem tę liczącą ponad 450 stron książkę w dwa, może trzy dni. Nie powiem, czyta się ja przyjemnie. Ale… Ale przez cały czas zastanawiałem się – dla kogo Dunaj tak właściwie kurwa pisze?

Jakkolwiek wzbraniałem się przed przyjęciem punktu widzenia „prawdziwka”, starałem patrzeć obiektywnie na całą grupę Behemoth (której twórczość znam i cenię w mniejszym lub większym stopniu, daleki jednak jestem od bycia die-hard fanem), odżegnywałem się od wytartych w Podziemiu sloganów, że Pomorzanie to kapela do zarabiania pieniędzy, Nergal jest pierwszym zdrajcą Podziemia Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej, lansiarzem i co tam jeszcze można o nim usłyszeć/przeczytać – doszedłem do jednego tylko wniosku. „Konkwistadorzy Diabła” zostało napisane z myślą o dwóch grupach czytelników. Pierwszą są oczywiście maniakalni fani Behemoth. Dla potrzeb własnych ukułem sylwetkę takiego osobnika, jego rys psychologiczny, jeśli można tak rzec. Raczej młodszy, jeszcze raczej bez głębszej wiedzy o ruchu, subkulturze, czy jak to tam zwał – undergroundowej, jeszcze szukający w większości swoich muzycznych ścieżek. Wiadomo, każdy od jakiegoś zespołu zaczyna swoją przygodę – dla mnie było to Guns’n’Roses, dla innych Metallica czy Iron Maiden, dla wielu dzisiaj natomiast – Behemoth. I to oni, zafascynowani bądź co bądź dość ekstremalnym przekazem muzycznym oraz charyzmą Nergala są adresatami tej książki. Moją uwagę zwróciło kilkukrotne stwierdzenie Dunaja w stylu „w latach dziewięćdziesiątych nie było e-maili” czy „w tamtym okresie telefon komórkowy był sporą rzadkością” – nie pozostawia to raczej wątpliwości, że zdaniem autora (lub jego intencją) głównym odbiorcą książki jest dzisiejszy nastolatek zasłuchany w „ciężkich brzmieniach”, dla którego opisy polskiego podziemia lat dziewięćdziesiątych są niepokojąco zbliżone do wykładu Pawła Jasienicy na temat Polski za czasów rozbicia dzielnicowego.

Drugą grupą są ludzie całkowicie spoza sceny, w żaden sposób nie związani z nią, nie słuchający tej muzyki. Z jednej strony, może to być rodzic takiego nastoletniego fana Behemoth, ale moim zdaniem częściej po „Konkwistadorów Diabła” sięgną osoby mediów, telewizji, czy showbusinessu, a także ci, dla których grupa Darskiego (a może raczej on sam) jest po prostu aktualnie „na topie”. Te czterysta sześćdziesiąt stron będzie idealne dla takiej Magdy Mołek, jeśli przypadkiem kiedyś w „Dzień Dobry TVN” pojawi się Nergal – wówczas będzie ona mogła powiedzieć „Może Cię zaskoczę, ale czytałam książkę o Behemoth i pomimo całej tej otoczki, ci wszyscy metalowcy to są normalni ludzie…”, zaś Sołtysik pójdzie jej w sukurs – „Oczywiście, pamiętam fragment, w którym…”, zaś Katarzyna Pakosińska będzie mogła zapytać Nera podczas ewentualnej rozmowy „W książce o Twoim zespole bardzo mało jest napisane o Twoi związku z Dorotą, czy ten fakt jest dla Ciebie tak niewygodny dzisiaj, gdy…”. Może i wyolbrzymiam, mam jednak wrażenie, że tak należy odczytywać target, do jakiego skierowana jest pozycja Łukasza Dunaja. Bo czy pamięta jeszcze ktoś żenujące rozterki prowadzących różne programy, jak należy wypowiadać nazwę „Behemoth” (sam słyszałem w telewizji „Behemot”, „Bihemot”, „BehemotH” z podkreślonym drugim „h”…) jeszcze przed chorobą Darskiego, kiedy to przyłapano Dodę na stacji benzynowej z czteropakiem Warki i Adamem u boku… I chyba nie powie mi ktoś, że przypis na zasadzie „Whiplash (…) to tytuł utworu grupy Metallica…” nie skierowany jest raczej do osoby pokroju Jarosława Kuźniara czy Wojciecha Jagielskiego, niż do mnie, czy do Ciebie, który czytasz te słowa – ja zakładam, że skoro trafiłeś tu gdzie właśnie jesteś, masz elementarne pojęcie o tej muzyce, scenie i „subkulturze metalowej”.

Skąd taka moja konstatacja? Z prostego powodu – uważam, że „Konkwistadorzy Diabła”, pomimo wszystkich granic, jakie postawił przed sobą autor, a o których mowa w drugim akapicie, przedstawił historię zespołu i muzyków dość pobieżnie, bez głębszego wnikania w pewne szczegóły, skupiając się – moim zdaniem – nad innymi, już nie tak ważkimi kwestiami. Szczególnie ubolewam, że – zwłaszcza wczesne lata działalności Behemoth – zostały pokazane bez przedstawienia szerszej panoramy ówczesnej sceny metalowej, a zwłaszcza niszy ówczesnego rodzimego black metalu, z którego przecież Behemoth wyrósł był. Jasne, autor wspomina o animozjach Pomorzan z ówczesną sceną black metalową, jednak bez zbytniego wchodzenia w szczegóły, spłycając moim zdaniem nieco wszystkie zajścia. Co prawda, pojawia się rozmowa z Robem Darkenem, jednak moim zdaniem, niewiele wnosi ona do książki, zaś opatrzenie jej adnotacją, iż autor nie ponosi odpowiedzialności za poglądy pana Fudali są moim zdaniem próbą robienia kontrowersji na siłę – obiektywnie rzecz biorąc Darken nie powiedział nic ekstremalnego, nie padło tutaj ani jedno zdanie, które nawet przy złych intencjach mogłoby być dowodem na bezkompromisowość jego wypowiedzi – a już na pewno daleko mu do wielu deklaracji rodzimych chłopaków spod znaku NSBM. Nie wiem, jak inni czytelnicy, ale ja – jako osobnik, który był zbyt młody, by brać udział we wszystkich tych słownych przepychankach z lat dziewięćdziesiątych, a zwłaszcza pierwszej ich połowy – z przyjemnością dowiedział się czegoś więcej niż tylko, że konflikt istniał i Behemoth był nielubiany.

Siedząc jeszcze we wczesnym okresie działalności Behemoth, za duży minus uważam brak jakiegokolwiek wyjaśnienia, czy chociażby próby przeanalizowania zmiany, jaka miała miejsce w Nergalu – jego transformacji od pogańskiego black metalowego wojownika do czasów, gdy mówi, iż obecnie jest otwarty na świat. Bo przecież droga, jaką przeszedł Behemoth to nie tylko od punktu pagan black metalu do nowocześnie brzmiącego black/death, ale również ewolucja poglądów, których wyrazem były teksty od „The Return Of The Northern Moon”, czy nawet wcześniejszego „Endless Damnation”, przez „Satanica” aż po „Evangelion”. „Konkwistadorzy Diabła” przechodzą nad tą kwestią dość gładko… Może się czepiam, ale dla mnie takie fakty są ważniejsze od tego, że dawniej Behemoth grał mniej, a teraz więcej i w fajniejszych miejscach.

Lwią część książki stanowi już „historia najnowsza”, że tak ją nazwę, czyli Behemoth i jego miejsce w XXI wieku. I tu znów ja – wieczny malkontent – wychwytuję pewne braki. Choć czy braki? Powiem tak – Łukasz Dunaj, przy całej mojej dla niego sympatii, nie wnosi wiele nowego, nie przedstawia nam historii w sposób szerszy czy bogatszy. W zasadzie większość cytatów pochodzi nawet nie tyle co z prasy „branżowej”, ale z tygodników opiniotwórczych „Newsweek”, „Wprost”, „Przekrój”czy „Polityka”, zaś każde pojawienie się tam Nergala było kwitowane wówczas wśród większości metalowców na zasadzie „Czytałeś co Nergal powiedział u Najsztuba?”, nie są więc to żadne nieznane dotychczas wypowiedzi, zaś wręcz przeciwnie – szeroko komentowane tak w środowisku metalowym jak i poza nim (a tak w ogóle, to szkoda, że w książce nie zawarto też konkretnych przypisów bibliograficznych po każdym cytacie, no ale widać – nie można mieć wszystkiego). Jeśli trafią się cytaty spoza tego sortu czasopism, to nie wykraczają one raczej po wypowiedzi Nergala dla polskich magazynów jak „Mystic Magazine” czy „Thrash’em All”, a szkoda, bo podejrzewam, że przez te wszystkie lata Nergal udzielił zapewne też kilku innych wywiadów, może nawet dla jakichś zagranicznych czasopism, które już niekoniecznie musiały być dostępne polskiemu czytelnikowi. Chętnie też poznałbym listę podziemnych zine’ów, które jakoby miały być dużą pomocą przy opracowywaniu wczesnego okresu działalności Behemoth.

Może jakiś dziwny jestem, ale czytając książkę o zespole, chciałbym uzyskać z niej jak najwięcej informacji, jak najwięcej konkretów. A tu – nawet tak palący i aktualny temat jak procesy wytyczone Nergalowi są potraktowane bardzo oględnie (zdaję sobie sprawę, iż może to być spowodowane „świeżością” pewnych kwestii i wątków procesowych). Ubolewam nad tym, bo jakby nie patrzeć – Nergal i podarcie przezeń biblii oraz konsekwencje tego czynu stanowią moim zdaniem ważny punkt w toczącej się od kilku(nastu?) lat debacie „co wolno artyście”. Zwłaszcza, że Behemoth stał się obiektem bezprecedensowych ataków ze strony prawicy i kościoła polskiego od najwyższych hierarchów, po wiejskich katechetów – od bardzo dawna w Polsce nie było tak, że kler wzywał konkretnego muzyka po imieniu do tablicy, co kojarzyć się może jedynie ze sławetnymi tyradami Gomułki przeciwko twórcom kultury sprzed pięćdziesięciu laty. Niestety, szczegóły te zostały zastąpione informacjami dotyczącymi na przykład sesji fotograficznych członków Behemoth i towarzyszącymi im perypetiami. Nie twierdzę przy tym, że tych ostatnich nie powinno być – jasne, że powinny, wszak mowa o historii i karierze Behemoth. Jednak sam czytając „Konkwistadorów Diabła” szukałem raczej wiadomości innego sortu, a nie wersów, które kojarzyły mi się z przeredagowanymi newsami z sesji, których pełno przy każdym pobycie zespołu w studio, czy pracy nad jakimś teledyskiem.

Moim zdaniem to właśnie brak głębszego potraktowania wspomnianych przeze mnie kwestii (choć pewnie ktoś inny zwróciłby uwagę na coś innego) powoduje, iż Łukasz Dunaj nie napisał książki dla osób, które chciałyby dowiedzieć się czegoś więcej. Spod jego pióra wyszła książka, która w sposób pobieżny, przystępny dla szerszego grona odbiorców, opisała pokrótce twór o nazwie Behemoth. Stanowiący minimum podstaw dla kogoś, kto chciałby dowiedzieć się skąd wziął się Nergal, co to takiego ta ich cała muzyka – innymi słowy z czym tego Behemotha się je. I gdy teraz patrzę na to, co właśnie napisałem, przychodzi mi na myśl „książka życzeń i zażaleń”, zredagowana przez osobnika, co to poza podziemnymi zine’ami wychodzącymi w limicie dwudziestu sztuk nic nie czyta. Owszem, czyta – i może właśnie dlatego po „Konkwistadorach Diabła” spodziewałem się więcej. A tak – dostałem zachowawczą i asekuracyjną lekturę, którą czyta się bez zarzutu, choć po przewróceniu ostatniej kartki czuć olbrzymi niedosyt.