Nie mogło być inaczej! Książka „Jaskinia Hałasu” autorstwa Tomasza Godlewskiego i Wojciecha Lisa nie mogła przejść niezauważona przez redakcją Chaos Vault. W końcu większość z nas jest tak stara ze w latach 80’tych myśleliśmy raczej o nowych klockach z Peweksu a nie o Black Metalu hehe. Ale będę może pisał sam za siebie. Dla mnie początki sceny w Polsce, czyli właśnie lata 80’te to prehistoria wiec pojawienie się takiej książki jak właśnie „Jaskinia Hałasu” było zajebistą okazją do rzucenia okiem na te czasy i poczytania jak to na tej Metalmanii 88 było i kto tam, komu i za co chciał obić ryja.

Może zacznę od zarysu tego, co w tej książce znajdziemy. Mamy tu osiem części, w których to odpytywane są osoby tworzące wówczas scenę podziemną w Polsce. Między innymi wypowiadają się: Peter, Tomasz Krajewski (Pagan Records), Jarek „Mister” Misterkiewicz (kiedyś Thanatos, dziś Trauma), Cyjan (członek hordy świntuszków tworzącą pod nazwą Dead Infection), Krzysztof Maryniewski z Armageddon, Leszek Wojnicz – Śianożęcki, Levi z Neolith czy wreszcie pan Kmiołek i wielu wielu więcej. Ludzie ci żyli w tamtych czasach a przede wszystkim żyli undergroundem (a przynajmniej większość z nich) i muzyką, przez co są kopalnią wiedzy o tym, co się wtedy działo. W rozdziale pierwszym temu zacnemu gronu zostaje zadane pytanie: kiedy to wszystko się zaczęło? Kiedy dotarło do nich coś takiego jak określenie scena podziemna? Odpowiedzi jest mnóstwo, mnóstwo też jest dat i to dość rozbieżnych. Kolejne rozdziały to kolejne pytania. Mamy rozdział poświęcony prekursorom sceny, rozdział dotyczący muzyki metalowej w mediach a w szczególności obecności jej w radiu, następnie mamy wypowiedzi dotyczące zagadnienia tape tradingu. Następny rozdział to istna kopalnia wiedzy dotyczącej ekip, które tłukły się w tamtych czasach po garażach i strychach. Mamy tu mianowicie alfabetyczny spis najważniejszych kapel podziemnych z tamtych czasów wraz z dodatkowym opisem oraz zdjęciami. W tym miejscu wypada wspomnieć o rewelacyjnej szacie graficznej. Bogactwie zdjęć, okładek, flyersów czy nawet recenzji z tamtych czasów. Rysowane odręcznie okładki, beznadziejnie skserowane ziny oraz katany z namazanym długopisem logo Sodom miały swój klimat i autorzy też postanowili nas nimi uraczyć. Dobrze, że ktoś zbiera takie „śmieci”… Świetna retrospektywna podróż w tamte czasy. Coś czuje, że przy tym rozdziale nie jednemu teraz już tatusiowatemu metalowcowi z brzuszkiem i łysiną zakręciła się łezka w oku. Kopalnia wiedzy. Jak by ktoś kiedyś pisał magisterkę z tych tematów to najpewniej rozdział ten będzie się dość często powtarzał w przypisach.

Kolejna cześć należy chyba do moich ulubionych, bo tyczy się spraw koncertowych. Czytałem ten rozdział z zapartym tchem trzy razy, bo nie mogłem uwierzyć ze kiedyś tak było. Coś wspaniałego! Brzmienie na koncertach tak beznadziejne, że ma się wrażenie słuchania dźwięków dobywających się z wiadra postawionego w wannie, brak sceny, brak oświetlenia. Ale niesamowita pasja i chęć tworzenia oraz fakt teraz nie do pomyślenia: koncert te odbywały się w szkołach, domach kultury… Co by źle o tej komunie nie gadać to przeciwników religii się wtedy szanowało hehe. Dodatkowo burdy na koncertach, milicja, karetki pogotowia, skini i sytuacje, w których ktoś „łyknął śledzia”. Teraz to się nie zdarza. Czyżby metalowcy zmiękli hehe? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tamtych czasach każdy długowłosy coś robił. Mam tu na myśli fakt, że każdy albo grał w kapeli, albo kombinował jak tu grać w kapeli, robił bądź pomagał robić zina, rozprowadzał kasety, kołował laski na koncerty… Teraz mam wrażenie, że nic się nikomu nie chce. W czasach, kiedy paroma kliknięciami myszki możemy być „bogatsi” o cała dyskografii dowolnej kapeli na koncertach są pustki. Jak przyjdzie pięćdziesiąt osób to jest sukces a wtedy w zabitym dechami domu kultury w Wypizdowie Średnim na koncercie było 300 osób, przy czym drugie 300 zajebane koczowało przed drzwiami myśląc jak się tu jeszcze dopić. Nikt nie myślał czy koncert mu się opłaci czy nie. Liczyła się idea, liczyła się muzyka i spotkanie z kumplami z całego kraju. Aż sam się kurwa wzruszyłem hehe.

Kolejny rozdział to słów kilka na temat metalu w realiach PRL. Teraz mamy dostęp do wszystkiego a w tamtych czasach żeby coś skserować w większej ilości trzeba było mieć jakieś pozwolenia i znajomości. Nie dziwi mnie wypowiedz jednego z muzyków, który na pytanie, dlaczego trzymał w kapeli kolesia, który nie umie grać odpowiada krótko: „Jego stara miała dostęp do darmowego ksero”. I tutaj znowu nasuwa mi się taka myśl, że obecnie ludzie tylko potrafią narzekać. Tu biję się w pierś, bo i ja potrafię się wnerwiać jak mi paczka priorytetowa idzie dwa dni a wtedy paczka szła np. dwa tygodnie i to chuj wie czy z zawartością. Takie czasy absurdalne, goście mieli pod górkę i szacun wielki im za to, że ciągnęli ten kurwiwózek!

Cześć przedostatnia to odbiegnięcie nieco od tematu podziemia… Ale jak wiadomo tak teraz jak i kiedyś jest główny nurt metalu dla początkujących i to co bardziej podziemne i bliższe każdego czarnego serca. Tak było i wtedy. Był gigant Metal Mind Production i była reszta. Kto wtedy był ten prawdziwy a kto nie to oczywiście zależy od punktu siedzenia. Konflikt niemniej jednak był i w tym rozdziale są jego szczegóły pokazane z obu stron. Suma sumarum jednak sprawę podsumowują słowa mistrza ciętej riposty spod budki z piwem, czyli Titusa, który został tam zacytowany: „Wszyscy jesteśmy w dupie i kłócimy się, kto głębiej”. Oczywiście poezja hehe.

Rozdział ostatni to aneksy, które muszę przyznać rozjebały mnie w drobny mak. A szczególnie dwa załączniki: list pana Dziuby z podziękowaniami dla milicji (czy już w tedy chyba policji) za pomoc i wsparcie przy utrzymaniu porządku oraz felieton z Skin’zina o nazwie „Fajna Gazeta” na temat obijania „szatanów” i „demonów” podczas Metalmanii 88 ramie w ramie z kibicami GKS-u Katowice. Ja niedole, co to były za czasy…

Ciężko mi o tym czytać, bo w tych czasach jeszcze nie miałem pojęcia o innych kapelach oprócz Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple, którymi mój stary katował mnie, kiedy jeszcze szczałem sobie beztrosko w pieluchę. Tamte czasy miały swoją specyfikę i swój klimat nie do odtworzenia. W czasach, kiedy muzyka straciła wartość, bo zdobycie jej nie kosztuje ani grosza i nie wymaga żadnego wysiłku nie doceniamy tego, co mamy. Nawet kupowanie płyt czy winyli to sprawa prosta jak podrapanie się po mosznie, bo wystarczy kasa na koncie, parę kliknięć i już następnego dnia wkurwiony listonosz z paczką większą od niego puka do drzwi. Dlatego ceńmy underground za jego szczerość oddanie i autentyczność! Olejcie kolejne Nergalowe wspominki o cyckach Dody! Jak mieliście to szczęście żyć w tych czasach sięgnijcie po „Jaskinie Hałasu” z sentymentu a jak mieliście za mało latek: to, co tu jeszcze robicie? Zamawiać książkę, bo zaraz zrobię sprawdzań z wiedzy o Imperator kurwa!