Ostatnimi czasy w internecie (bo gdzieżby indziej, hehe) natknąłem się na coś, co mógłbym nazwać, za autorem, poradnikiem, jak zachować się podczas pogowania (chociaż ja nie lubię tego zwrotu, bo kojarzy mi się ono raczej z punkami z Jarocina, niż porządnymi metalami). I co tu kryć, już sam zamysł skodyfikowania tego swoistego savoir – vivre’u wydał mi się dziwny, ale potem oświeciło mnie, że ja po prostu pod sceną zawsze daję upust emocjom i tak dalej, a tu – proszę, mogłem zastosować w pełni świadomie jakąś z taktyk podsuniętych przez osobnika o pseudonimie Get (wolę nie dociekać, skąd taka ksywka). Zainspirował mnie jednak tenże tekst, postanowiłem więc wzbogacić dorobek ludzkości o swoje własne przemyślenia. Get podpowiadał Wam, moje metaluchy, jak bawić się w młynie? Phi. Ja Wam powiem jak bawić się podczas trwania całego koncertu.

Najpierw trzeba się oczywiście na coś wybrać. Najlepiej zasięgnąć języka, co też tam gra w mieście w najbliższym czasie. Azarath? Super, ekstra – najpierw trzeba się pochwalić kumplom („wiecie chłopaki, tam Inferno z Behemotha gra”), potem pasowałoby ściągnąć jakieś empetrójki („zajebiście grzmocą, jak Vader, też death metal”) i już możemy z czystym sumieniem śmigać na koncert. Przed wyjściem związujemy włosy w kucyk (sięgają już do ramion, więc możemy), ubieramy najnowszą koszulkę i chowamy pentagram na rzemyku do kieszeni – ubierzemy go dopiero przed wejściem na koncert, bo po drodze może nas spotkać sąsiadka albo nauczycielka, powie rodzicom i szlaban murowany.

Jak już dotarliśmy przed klub, w którym cała sprawa ma miejsce, to trzeba się czymś zająć, bo jak to w Polsce bywa, koncert ma zapewne obsuwę (cieszcie się, że nie organizowała całości jedna różana agencja, bo do domu wrócilibyście szybciej niż myślicie, hehe). No a co robi metal w wolnym czasie? Jasne, że pije. A więc szukacie w okolicy jakiegoś źródełka, w którym to zaopatrujecie się w odpowiednie zasoby napoju. Piwo oczywiście wypijacie szybciorem przed klubem, najlepiej w jakichś krzakach, potem lecicie jeszcze po drugie i trzecie. Jak macie szczęście, to spotkacie kolegów, z którymi wypada się przywitać odpowiednio głośno, najlepiej robiąc „AAAAARRRRRGGGGHHHHH, SZAAAAATAAAAAN!!! Siemasz, stary!!!!”. To nic, że z kolegą widzieliście się wcześniej tego samego dnia w szkole i tego typu wylewności normalnie uznaje się za zbędne, ale jak kult to kult. W tak doborowym towarzystwie wchodzimy do klubu, bo widzimy, że ochrona otworzyła drzwi. Aha, no i nie zapomnijmy wyciągnąć pentagramu na wierzch!

W środku, podczas trwania koncertu lepiej jest stać z boku, pod żadnym pozorem nie wchodzić w młyn (mimo tego, że Get pisał, że to bezpieczne i tak dalej), no bo po co? Żeby poszarpali nam nową koszulkę, specjalnie na koncert ubraną, rzemyk z szyi zerwali? Najlepiej stać za szalejącymi pod sceną ludźmi. I tu uwaga: jeśli jesteś przypadkiem z dziewczyną, to możecie tulić się do siebie w czasie gdy na scenie szaleje taki Azarath, no bo czy jest coś bardziej romantycznego i klimatycznego zarazem? Chyba tylko przechadzka parkiem przy pełni księżyca, przy czym nie zawsze możecie tak późno z domu wychodzić. Więc nie ma to jak intymna bliskość drugiej połówki w takim właśnie momencie. Jednak jest jeden problem – nie dla wszystkich death metalowy koncert może być równie romantycznym przeżyciem, co dla Was. Mogą was potrącąć, czasem może ktoś w Was wpaść – wtedy wasz gniew jest wskazany wręcz, no bo niby czemu mają Wam przeszkadzać? Pamiętajmy, że metale to też często chamy. Jeśli jednak nie jesteście z osobą towarzyszącą i dopiero macie zamiar taką właśnie sobie przygruchać (o czym za chwilę), a macie ze sobą telefon z aparatem, poróbcie trochę zdjęć. Spróbujcie podejść z komórką jak najbliżej sceny, podetknijcie telefon pod sam nos wokaliście, gitarzyście i komu tam dacie radę i pstrykajcie fotki, by pochwalić się kolegom. Zespołem się nie przejmujcie, oni uwielbiają takie przejawy sławy.

Ponadto w dobrym tonie jest znać na przykład teksty piosenek wykonawcy, którego koncert akurat się ogląda – pokazuje się wtedy, że jest się naprawdę oddanym sprawie metalem. Jeśli jednak liryki danego zespołu nastręczają wam jakichś trudności, cóż – zawsze możecie robić pod sceną tak zwaną rybkę, czyli poruszać niemo ustami, starając się przy tym robić wrażenie jakbyście rzeczywiście darli ryja wraz z wokalistą. Można też skandować tytuły piosenek, które pragniecie usłyszeć, ale uwaga: jeśli specjalnie w tym celu nauczyliście się na pamięć konkretnych dwóch czy trzech tytułów, musicie uważnie śledzić komentarze i zapowiedzi wokalisty, bo może się zdarzyć tak, że utwór, którego tytuł usilnie skandujecie został już odegrany, a wy po prostu nie rozpoznaliście go. No a jeśli chcecie zabłyszczeć, a wiadome wam jest, że występująca obecnie kapela ma w swym repertuarze jakiś cover, to możecie skandować również przez cały czas tytuł danej przeróbki – dla kapeli na pewno nie będzie irytującym to, że publika domaga się obcego utworu w miejsce autorskich kawałków.

Dobra, na koncercie nie tylko spotyka się znajomych i pije piwo. Koncert to wspaniała okazja do zarwania jakiejś fajnej metalówy. Jednak nie jest to taka łatwa sprawa, bo wiele jest sposobów, by wpaść w oko metalówie (które jak wiadomo są niezwykle wymagającymi dziewczętami). Pierwszy wariant, to podejście na tak zwanego pewniaka. Tu walimy od razu, prosto z mostu – najlepiej, jeśli chcemy zostać zauważeni, podchodząc klepnąć dziewoję w tyłek i zarzucić niezłym tekstem, np. „Fajna dupa z Ciebie, wiesz?” Pamiętajmy jednak, że nie wszystkie metalówy są tak śmiałe jak Wy i jeśli coś tu nie pójdzie to w najlepszym przypadku laska odejdzie w inne miejsce, zaś w najgorszym – będziecie mieli wątpliwą przyjemność rozmowy (oby tylko) z kolegą tejże, którego wcześniej nie zauważyliście. Inny sposób, bardziej bezpieczny, polega na nawiązaniu do koncertu przy zagajaniu dialogu: „Niezły koncert, nie?”. Pamiętajmy jednak, że po potwierdzeniu naszego błyskotliwego spostrzeżenia, nie możemy zasypywać gruszek w popiele, lecz ciągnąć dalej zaczętą rozmowę i tak ją prowadzić, by koncert nie skończył się na zaliczeniu jedynie kilku piw. Innym sposobem na wyjście z klubu w towarzystwie panienki, jest lekkie nagięcie prawdy, w stylu „Ech, nieźle grają i pomyśleć, że miałem z nimi grać, tylko moja kapela nie dojechała… Masz ochotę na piwo, maleńka?” Czasem po takiej deklaracji zdarza się, że maleńka ma ochotkę nie tylko na piwko…

Gdy zabrzmi już ostatni dźwięk, ktoś z kapeli rzuci w tłum przepoconą koszulkę, którą miał i tak wywalić na śmietnik, podobnie z piórkami do gitary czy frotką z ręki perkusisty, pora zbierać się do domu. Pamiętajcie jednak, by ściągnąć pentagram! Jutro zaś nieomieszkajcie pochwalić się kolegą, jak to szaleliście dziko na gigu… I do następnego razu!