Jakby nie patrzeć i jak chujowym truizmem by to nie było, Extreme Noise Terror to kapela zasłużona dla sceny metalowej, zwłaszcza tej nomen omen ekstremalnej. Ale jakoś nie była nigdy w centrum mojego zainteresowania.
A pewnego dnia przyszło do mnie promo ich najnowszego albumu, „Extreme Noise Terror”, pomyślałem więc sobie, że pewnie kilka osób będzie ciekawych mojego zdania odnośnie tego krążka, hehe. Nie jestem więc aż takim chujem i podzielę się moimi przemyśleniami. Pierwsze i chyba najważniejsze – u Brytyjczyków bez zmian. Najnowszy krążek przynosi nam kilkanaście krótkich numerów, będących w zasadzie kwintesencja grind/punka. Wkurwiony, oszalały, dziki i nieokiełznany – jak widzicie zasób przymiotników, które mogą być użyte w odniesieniu do siódmej płyty Brytoli, jest dość szeroki. Ale tak było zawsze. Tak sobie słucham tego albumu, odsłuchałem też dla porównania debiut i w zasadzie – to cały czas ta sama stylistyka. Oczywiście, „Extreme Noise Terror” brzmi lepiej, no ale i nagrano go ćwierć wieku później. Poza tym – każdy kto lubi wcześniejsze materiały tego zespołu polubi i ten. Ja z grind core mam ciut innych faworytów, ale nowa płyta Extreme Noise Terror mi nie wadzi, wręcz przeciwnie – słucha się jej nieźle. Jest krótka i dosadna, co mi bardzo pasuje. Jest bezpośrednia i wulgarna, co pasuje mnie nie mniej. Ale nie będzie jakiejś specjalnej premii za pochodzenie – liczy się to, co Extreme Noise Terror sobą reprezentuje aktualnie. Zaś aktualnie jest dobrze.
Ale nie zajebiście, po prostu dobrze. Chętnie bym sobie skonfrontował tę muzykę z przekazem na żywo. Może kiedyś…
Ocena: 7/10
Tracklist:





