Motyla noga, jak ten czas leci. Tomka, szefującego Behind The Mountain Records poznałem wiele lat temu, gdy w swojej dobroci umożliwił wjazd na koncert (to chyba było Blood Incantation). Szybko zorientowałem się, że człowiek ten jest synonimem jakości. Organizowane przez niego koncerty cieszyły się sporym zainteresowaniem, bo kapele, jakie zapraszał nigdy nie były słabe. Nie zdziwiło mnie zatem, gdy pewnego dnia ogłosił, iż organizuje tłusty, śmierć metalowy fest we Wrocławiu. Jedyne moje obawy wynikały z tego, czy gawiedź doceni taką inicjatywę, na szczęście jedna bilety rozeszły się, jak ciepłe bułeczki.
Onego dnia odpaliłem mój rydwan nienawiści i udałem się do Klubu Łącznik, gdzie miały mieć miejsce rytuały. O dziwo, w tym klubie jeszcze nie byłem, choć samą miejscówkę, w której się mieścił znałem dobrze. Zajezdnia Czasoprzestrzeń obfituje w spore przestrzenie, w efekcie czego często odbywają się tam różne wesołe eventy. Sam klub mieści się, nomen omen, w łączniku pomiędzy dwoma budynkami i jest jebutną salą, do tego z całkiem dobrą akustyką. Chwila rozglądania się, przybicia piątek z kilkoma bdb znajomymi, następnie odbiór pięknego, kolekcjonerskiego biletu i załadowałem się do środka, gdzie zaczęło już dziarsko przygrywać otwierające fest, hiszpańskie Sanctuarium.
Przyznaję było to niezłe. Duszny, gęsty death metal, który przygniatał do ziemi i sprawiał, że następowało zatrzymanie akcji serca. Fani Incantation, Spectral Voice, czy Krypts powinni być zadowoleni. Mnie zaś naszła refleksja, że choć hord fajny, to jeśli większość kapel taka będzie, to może być ciężko. Bo, tu Wam się przyznam, z całego składu, jaki miał zaprezentować się tego wieczoru kojarzyłem tylko trzy hordy.
Po zakończeniu występu wypadało wpaść do wybornie zaopatrzonego baru po pieniste (bezalkoholowe, niestety) i pozwiedzać resztę kompleksu. W hali obok, gdzie odbywają się większe eventy ulokowano szatnię, rozstawiono leżaczki dla strudzonych imprezowiczów, a pod ścianami pyszniły się stoiska z merchem, na których można spokojnie było przepierdolić pół wypłaty.
Pod scenę przywołały mnie dźwięki kolejnego hordu, jakim był czeski Mordloch. Chłopy nie bawiły się w konferansjerkę, tylko przywalili dziarskim śmierć metalem, i to tak, że nóżka chodziła. Podbicie tempa kawałków, po ciężkim, jak sranie na kacu, Sanctuarium, doskonale pokrzepiało ducha.
Czesi uwinęli się raz dwa, podobnie jak ja z piwkiem, więc wypadało uzupełnić zapasy, w międzyczasie wpadając na kolejną hordę znajomych i zatapiając się w pogaduszkach, z których wyrwały mnie riffy fińskiego Disguised Malignance.
I dla takich zaskoczeń ja lubię wbijać na koncerty. To świeży wyziew złożony z chłopaków, którzy wydają się ledwo nabyli prawo, by wypić legalnie piwo, jednakże liczy się jakość muzyki. A ta, moi mili, wyjebywała z butów. Dosłownie, jakby się oglądało młode Morbid Angel, bo ich granie ociekało Ponurym Aniołem, ale w tym szybkim, dziarskim wydaniu. Nadal był tam gniotący kości ciężar, ale podlany tym fińskim szaleństwem. Pewnie, jakbym łoił procenty, to bym bez wahania zaczął harcować, bo nie dało się ustać w miejscu. Uśmiech nie opuszczał mojego lica ani na chwilę przez cały występ. Doskonałe.
Kiedy Finusi zakończyli popisy, strzeliłem jeszcze jedno pieniste w oczekiwaniu na germańskie Nekus. Tak jest moje Misie, to ten sam Nekus, który miał splita z rodzimym Impure Declaration.
I szczerze mówiąc, średnio się sprawdził tego wieczoru. Nie to, że słabo zagrali, wprost przeciwnie. Dewastująca dawka death/doomu zmuszała do błagania o litość, ale przeskok stylistyczny w stosunku do poprzedzających ich Finuatów był aż za duży, w efekcie czego nie trochę zmuszałem się, by słuchać ich grania, choć nie ukrywam, że w innych okolicznościach pewnie bym zacmokał z ukontentowaniem.
I tyle! Niestety, okoliczności życiowe wymuszały na mnie stawienie się w domu na dwudziestą, więc końcówka gigu mi odpadła (na czym lamentuję potężnie), jednak szpiedzy mi donieśli, że Galvanizer i Grave Infestation zmietli z planszy. O dziwo, mało kto mówił o Snet, czy Sedimentum.
Podsumowując: pierwsza edycja Death Is Not The End okazała się wielkim sukcesem. Dobór kapel wyśmienity, miejscówka również, organizacja oraz nagłośnienie na tip top. Do tego horda, naprawdę horda znajomych twarzy oraz syte stragany z merchem. Wyborne i czekam na kolejną edycję. Amen.




