Decyzja o tym, by jechać na jubileuszową edycję Celebrare Noctem zapadła właściwie w jeden dzień podczas tegorocznego Prague Death Mass. W zasadzie już parę miesięcy wcześniej zastanawiałem się nad wyprawą do Austrii kiedy to ogłoszono jedyny w tym roku koncert Grave Upheaval. Jak widać, wystarczyło zasiać ziarno i od myśli do decyzji była naprawdę krótka droga.
Wycieczka to była dosyć długa, gdyż zacząłem ją już w środę jadąc z Gdańska do Krakowa. Następnego dnia (w czwartek) ruszyliśmy z kumplem wprost do austriackiego Wels (jakieś 20 km od Linzu) gdzie miał odbyć się sam festiwal.
Samo Wels to dosyć fajne miasto z populacją sięgającą jakieś 65 tysięcy mieszkańców. Kiedy więc dotarliśmy na miejsce od razu zrobiliśmy lekki research, celem poznania jego walorów. W następny dzień zrobiliśmy sobie zaś porannego tripa podziwiając góry nad jeziorem Wolfgangsee, tak by naładować baterie przed wieczorem, czyli pierwszym dniem festiwalu.
Sam klub ulokowany był jakieś 5 minut piechotą od naszego noclegu, więc nie mieliśmy problemów z dostaniem się na miejsce festu. Sam klub to sporej wielkości sala (mniej więcej dwóch trzecich gdańskiego B90) z wydzielonym barem i sanitarką, czyli wszystkim tym, co niezbędne. Z początku miałem wątpliwości co do metalowych filarów ulokowanych przy scenie i parę metrów od niej. Bałem się, że będą po prostu mocno przeszkadzać w odbiorze wizualnym zespołów (ten kto był w Dwóch Światach w Toruniu albo starej łódzkiej Dekompresji wie o czym mówię), ale obawy te okazały się później bezzasadne.
Dzień pierwszy
Whoredom Rife, Malakhim, Thromos, Candelabrum, Halphas, Caveman Cult, Night’s Threshold
Na pierwszy ogień poszedł amerykański Night’s Threshold. W tym wypadku podszedłem do tego występu z wielką ciekawością, gdyż zespół zażyczy sobie, by nie robić na nim zdjęć. Miałem więc nadzieję, że zostanę zaskoczony choć w minimalnym stopniu jakimś specjalnym show, ale jak się okazało nic takiego się nie wydarzyło. Ot, po prostu panowie zaprezentowali poprawny black metal, niczym szczególnym się nie wyróżniający. Jako otwieracz, powiedziałbym więc że nawet zbędny.
Ogniem jednak był drugi hord tego dnia. Mianowicie Caveman Cult. Debiutu Amerykanów („Supremacía Primordial” – przyp. Łysy) słuchało mi się całkiem nieźle, potem jednak jakoś poszli oni w kąt (jak setka tego typu war metalowych kapel). I żałuję, bo tego wieczoru kolesie rozjebali. Wjechało po prostu na scenę czterech jaskiniowców trzymających w łapach maczugi i zaczęli nimi napierdalać. W zasadzie z każdej strony leciał intensywny blast i neandertalskie okrzyki. Szedł cios za ciosem i siniak z siniakiem. Totalna rozjebka i w zasadzie koncert wieczoru, który zakończył się przed regulaminowym czasem. Nokaut.
Trzeci na scenie Halphas przyniósł uspokojenie. Niemcy zaprezentowali całkiem poprawny blaczur, bujający się gdzieś w rejonach takiego chociażby Sarkista. Słowem: szału nie zrobili, ale znaleźli się i tacy, którym się to podobało. Można było potupać nóżką i nic ponad to.
Ja jednak czekałem na portugalskie Candelabrum. Nie dlatego, że słucham i znam, ale dlatego, że sama nazwa – choć nie wybitna – mnie najbardziej ciekawiła. I tutaj było pierwsze zaskoczenie festiwalu jak dla mnie. Candelabrum zagrało transowo i przede wszystkim oszczędnie w środkach, czyli tak jak lubię najbardziej. Surowizna i chłód bijące ze sceny były niemal namacalne, a zajebistej wielkości kandelabr tylko dodawał odpowiedniej dawki mistycyzmu. Jeśli więc nigdy nie słyszeliście muzyki Portugalczyków, a uwielbiacie tak jak ja Sortilegia, to na pewno Candelabrum wejdzie wam od razu. Świetny set.
Thromos natomiast poszedł w innym kierunku: szybkiego black metalu z pod szyldu Behexen czy też Baptism. I z początku nawet całkiem spoko Niemców się słuchało, ale wraz z kolejnymi kawałkami nerwowo patrzyłem na zegarek i rozpiskę, szukając w niej godziny rozpoczęcia setu Malakhim.
Tegoroczny, drugi krążek Szwedów (“And in Our Hearts the Devil Sings” – przyp. Łysy) słuchało mi się dobrze, więc wypatrywałem występu scenicznego tym bardziej. I w zasadzie nie zawiodłem się. Spora w tym zasługa wokalisty E, który wprowadzał pewnego rodzaju przebojowość do muzyki Malakhim. I choć popłuczyny po Watain (jak to ujął znajomy) może i miejscami były wyczuwalne, to jednak w porównaniu do takiego Thromos czy Night’s Threshold występ Malakhim to była pierwsza klasa.
Jak i w zasadzie Whoredom Rife, gdzie pierwsze skrzypce grał również wokal. I choć Mortuus (z Marduk) jest jeden, to K.R. ma preferencje do tego, by na żywo mu dorównać charyzmą. Tak, zdecydowanie typ był siłą tego występu. I choć więcej miał powagi aniżeli integracji z publiką, to jednak kasował tego dnia wszystkich tych, którzy byli za mikrofonem. Jeśli miałbym też porównywać muzyką Norwegów, to blisko im było właśnie do tego nieszczęsnego Watain, ale i bliżej też do takiego właśnie Malakhim. Można więc powiedzieć, że dostałem muzyczny doppelpack, bo obie kapele tego wieczoru zagrały naprawdę bardzo dobrze i podobały mi się może nie w chuj, ale wystarczająco zajebiście, że mógłbym je polecić na żywo.
I tak minął pierwszy dzień festiwalu, gdzie pierwsze skrzypce (wróć: pierwsze maczugi) zagrał Caveman Cult, a zaraz po nich Candelabrum, Malakhim i Whoredom Rife…
Dzień drugi
Dark Sonority, Revenge, Abysmal Lord, Grave Upheaval, Kringa, Obskuritatem, Můra
Drugi dzień muzycznych zmagań rozpoczęła czeska Můra. Jedni mówią, że to męczące gówno, inni natomiast, że to jedno z objawień death metalowej, czeskiej sceny. Jak jest, w zasadzie chuj na to kładę, ale zarówno w roku ubiegłym (przed Beherit w Pradze) jak i tutaj Můra mi się po prostu podobała. Miejscami walcowaty, ale potrafiący przyspieszyć death metal podlany ciągle palącą się smołą naprawdę nieźle bujał i jako otwieracz dnia sprawdził się idealnie.
Zaraz po nich na scenie pojawił się pochodzący z Bośni i Hercegowiny Obskuritatem, który po Candelabrum, był dla mnie kolejnym zaskoczeniem tego festiwalu. I choć Bośniacy mieli miejscami mgłowy vibe, to jednak w tych szybszych momentach wypadają zdecydowanie na plus. Sekcja rytmiczna zdecydowanie robiła robotę, a i wokalista O zakrywający swą twarz czarną szmatą robił robotę. W zasadzie mogliby i grać godzinę, a ja nie miałbym chyba dosyć. Po Můra Obskuritatem było zdecydowanie ożywieniem i podkładem pod występ Kringa.
Tak, na Kringę czekałem najbardziej. Od dłuższego czasu często na czarnym wosku kręci się u mnie “Feast Upon The Gleam” na zmianę z “All Stillborn Fires, Lick My Heart” i ciągle nie mam dosyć. Lubię tą swoistego rodzaju lekkość i przebojowość, która miesza się z czarną, okultystyczną magią, zakrytą w minimalizmie. Kringa potrafi w ten klimat idealnie i gdy wjechało na początek “Across The Firmament, Stride!” byłem kupiony, a to co działo się później na scenie to było istne szaleństwo. Mikrofon wyrwał się ze statywu? Dla Vritry to nie problem, można przecież odśpiewać parę linijek tekstu trzymając go centralnie w gębie… albo po prostu grać leżąc na scenie… Berstuk? Tak właśnie wygląda opętany przez samego demona wokalista… Tych dwóch kolesi to istne zwierzęta na scenie i siła napędzająca zespół. Zajebisty set, zajebisty występ. Najlepsza Kringa na żywo jaką dane mi było widzieć. I tak, już nie mogę doczekać się przyszłorocznego koncertu w Gdańsku.
Po Kringa przyszedł kolejny cios: w końcu długo wyczekiwany przeze mnie Grave Upheaval na żywo. Domykająca klamra po tegorocznym Portal i Impetuous Ritual. I co mogę powiedzieć? Kiedy na początek wjeżdża takie “The Black Womb Of Meggido” czujesz jak twoje kości są zgniatane pod ilością spadającego na ciebie gruzu i kiedy myślisz, że to twój koniec dalej już jest tylko ciężej i ciężej. Australijczycy mieli tego wieczoru dojebane brzmienie. Czuć było jak wnętrzności są rozrywane na strzępy, a każdy riff wchodzi w krwiobieg i pulsuje podnosząc ciśnienie do granic możliwości. “Goat Kommand” czy “Grave Upheaval” zabrzmiały tego wieczoru niezwykle potężnie i gruzowato. Żałuję trochę, że nie wleciało jeszcze na dokładkę takie “Impetuous Black Hunger” co byłoby czymś wspaniałym, ale to tego wieczoru było kompletnie nie ważne.… Grave Upheaval to otchłań, ciemność która pochłania natychmiast i nie oddaje już nigdy… Zniszczenie roku, którego nigdy zapomnę.
I na Grave Upheaval mógłby się dla mnie w zasadzie zakończyć cały festiwal, ale organizator postanowił inaczej i pozostawił jeszcze dwa nokauty na koniec. Pierwszym z nich był Abysmal Lord. I o ja cię pierdolę… ale to było dobre, ale kurwa urwali. Wściekłość jaka biła z wokalisty Nocturnal Damnationa miejscami była nie do opisania. Jebaniec to istny zwierzak, a jak dorzucimy do tego war metalowy pierwiastek dostaniemy granatem odłamkowym prosto w krocze. Każdy utwór to był cios, blastów, riffów i rzygania do mikrofonu… Rozpierdolka na sto dwa, a przecież w obwodzie pozostali jeszcze typy z Revenge
W zasadzie co można pisać o Revenge na żywo? Jeśli użyję tylko jednego słowa: zgliszcza chyba wszyscy będą wiedzieć o co chodzi. Tak, Kanadyjczycy pozostawili po sobie tylko zgliszcza. Rozpętali wojnę i doprowadzili ludzkość do zagłady. Po godzinnym secie nie było co zbierać. Tutaj nie było już żadnych zasad. Tylko cios za ciosem. Krew za krew i esencjonalne kurwa wykrzykiwane gdzieś z głębi sali przez krajanów… Egzekucja.Eksterminacja.Ludobójstwo. Tak można opisać to co działo się na scenie i przed nią.
Zastanawiam się więc, po co ja zostałem na Dark Sonority. Chyba tylko z czystej ciekawości, która jednak skutecznie została przysłonięta wrażeniami z Grave Upheaval i grającym przed chwilą Revenge. Także więc udało mi się zobaczyć tylko jeden kawałek, po czym udaliśmy się z kumplem na kwadrat, by złapać trochę snu przed powrotem do Polski.
Podsumowując. Pomimo pierwszo dniowych wtop dźwiękowcy stanęli na wysokości zadania. Takie Grave Upheaval zabrzmiało naprawdę potężnie, a takie Candelabrum odpowiednio surowo. Organizacyjnie również było bardzo dobrze, a niemal dwudziestominutowa obsuwa spowodowana przez Kringę została prawie że zniwelowana do zera przed ostatnim zespołem. Ceny merchu również mogły zadowolić, chociaż trzymały się już chyba standardowych, koncertowych widełek. Pluję sobie w ryj, że przegapiłem na placku split Funeral Orchestra / Grave Upheaval, ale przynajmniej mam wdzianko tych drugich. No i Austria jest jednak droższa więc dobrze, że jestem abstynentem hehe…
Generalnie stwierdzam, po trzecim w tym roku zagranicznym feście, że jeśli chodzi o tego typu spędy, to te zagraniczne właśnie są zdecydowanie lepsze niż nasze krajowe… Natomiast strzały tegorocznej edycji Celebrare Noctem to jak dla mnie Grave Upheaval i Kringa, a także Abysmal Lord, Revenge, Caveman Cult… Zaskoczenia? Candelabrum i Obskuritatem… Następna edycja? Jeśli zagra Sortilegia, biorę w ciemno…




