Komu chce się ruszać dupę w czwartek wieczorem z myślą, że następnego dnia trzeba rano zwlec się do roboty? No właśnie… Jednak jak na prawdziwego masohistę przystało, ruszyłem tanecznym krokiem do gdańskiej niedźwiedziej nory, by sprawdzić, co słychać u zespołu Agrest & spółka.
Pierwszy rzut oka i tłumów brak. A byłem parę minut przed rozpoczęciem całego przedsięwzięcia. No nic… Piwko w dłoń i pod scenę zakończone ostrym w tył zwrot. Niestety otwierający Norbo Dacal okazał się dla mnie straszną popeliną. I chyba nie tylko dla mnie, bo trochę osób wolało łyknąć świeżego. Ma to na pewno jakiś tam swoich fanów, ale jak rzecze opis na stronie organizatora: „niezbyt łatwa do określenia twórczość oscyluje gdzieś pomiędzy doom metalem a metalem progresywnym, czerpiąc jednocześnie z wielu innych gatunków, takich jak m.in. folk, sludge czy nawet black metal.„ Totalnie mnie odrzuciła i spowodowała mdłości. Zresztą sobie możecie wyguglować i przesłuchać. Ja jestem ewidentnie za głupi na takie granie.
Śmig mig i na scenie instaluje się Olsztyńska Gorycz. I szok! Pan wokalista wyglądał niczym ktoś, kto mógłby grać w zespole gruzja. I w sumie przypominał pewnego Limbo… No, ale nie obrażajmy hehe.
Muzyka Goryczy najlepiej przyjmuje się na słuchawkach w domowym zaciszu bądź innej obszczanej piwnicy. Więc byłem lekko zaniepokojony, czy na żywo chwyci. No i po części się udało. To nie jest czyste black metalowe granie, a raczej teatralny spektakl przepełniony pląsaniem po scenie, recytacjami, rockowym pazurem, doomowym tąpnięciem i okazjonalnym wyciem wniebogłosy. Spektakl, który wolałbym oglądać na siedząco niczym osławiony krzesełkowy koncert Mgły. I chciał wyjść w połowie na szluga i szklankę ciepłej herbatki z cytrynką, bo następuje zmiana dekoracji. A tutaj stój jak kołek i patrz. Playlista myślę, że przemyślana, bo nie dość, że poleciało sporo wałków z jedynki to i wszystko spięły „Kamienie Milczą„, które wyciszyły odpowiednio widownię, której trochę przybyło. BA! Gościnnie niedaleko sceny wypatrzyłem kolegę grającego w norweskim Deathammer, który wpadł do nas na wczasy hehe.
Przerwa na uzupełnienie procentów i ponownie bez żadnych obsuw zespół, na który najbardziej czekałem, czyli toruńskie Agresty nazywane potocznie Angrrsth. Śledzę chłopaków od samiuteńkich początków i kibicuję nieprzerwanie, bo każdy z zaprezentowanych przez nich materiałów jest wyrwany wprost z czarnego i przegniłego serca Kopernika.
Bez żadnych ceregieli mogę powiedzieć, że na żywo żre to tak samo porządnie, jak i płytowo. I tutaj od razu czapki z głów dla kolesia nagłośniającego imprezę. Tak chłop pokręcił tymi gałkami, że gdziekolwiek byś nie stał to i tak było wszystko słychać i dało się wychwycić nawet najdrobniejsze niuanse.
Playlista standardowo – szlagiery z „Donikąd„ oraz oba utwory ze splitu z Czort. I na to najbardziej w sumie czekałem, by usłyszeć „Pętlę„ i „Przerwaną„, które są (nie boję się tego powiedzieć) fenomenalne pod względem instrumentalnym i wokalnym. I z łatwością gwarantują miejsce na półce zarezerwowane dla kapel tych bardziej „cool„ i „trendy„ hehe. A co za tym idzie, popisy sceniczne nie wychodzą tak szybko z głowy. Bo każdy z zaprezentowanych tamtego wieczoru kawałków posiadał własny motyw przewodni w postaci garści unikalnych zajadłych riffów i tekstu, który starał się opowiedzieć jakąś historię, która czasami przekształcała się w kolejny numer. Ja poczułem się usatysfakcjonowany. Zebrani chyba również, bo grymasów nie uświadczyłem.
Człowiek pamięta, jak grali po małych spelunach a teraz kluby, drogie auta i alkohole. Aż człowiekowi łezka po nogawce spływa… Oby tak dalej!
I to by było na tyle. Dopicie piwka i kierunek dom. Dziękuję, kłaniam się…




