Po prawdzie nie do końca planowałem iść na ten koncert, bo doom nie jest za bardzo moim tematem. Ale jakoś tak się złożyło, że miałem wolny wieczór, a nie chciało mi się kisić w domu, więc zebrałem cztery litery i pojechałem. Był to strzał w dziesiątkę.
Harce wyjątkowo zaczynały się o 18, a więc nadzwyczaj wcześnie. Do klubu dotarłem jakoś nieco po tej godzinie, bo rytuały już się rozpoczęły. Na wejściu szybkie zbicie piątki z Bdb Kolegą Wspaniałym Organizatorem, oraz obczajka na stoisk z merchem, których było wyjątkowo dużo, bo aż trzy. Szczególną uwagę przykuwały rozpasane towary od Abysmal Grief, ale niestety po równie rozpasanych cenach.
Na scenie już od jakiegoś czasu produkował się wrocławski Ethbaal, który rozgrzewał publikę sympatyczną mieszanką doomu i sludge’u. Ciężkie w chuj, aż pękał tynk na ścianach, ale na dłuższą metę nic zaskakującego, ani nic czego bym nie słyszał już uprzednio. Ot, poprawnie zagrane, nie ma do czego się przyczepić. Poszedłem zaopatrzyć się w pieniste, po czym zaopatrzyłem się w nie ponownie i wróciłem pod scenę, bo następny miał grać Mag.

Po prawdzie był to jeden z głównych powodów mojego przybycia, bo dotychczas słyszałem o nich same dobre rzeczy. Ich debiut mocno namieszał dwa lata temu, a ja byłem niezwykle ciekawy, jak zaprezentują się na żywo. Nie zawiedli mnie. Wielmoże weszli na scenę odziani w tradycyjne dla czarodziejów, szpiczaste tiary, by zaprosić na pokaz prestidigitatorstwa, po czym zaczęli grać. Dobry Jezu, co z soczewicą w warzywnym bulionie byłeś gotowany, wdeptało mnie w ziemię! Doom, ale zagrany z energią, podlany partiami klawiszy oraz dziwaczne teksty przywodzące stylem starego, dobrego KATa. Wróciłem potem do domu z kontuzją stopy, bo opadająca szczęka rozwaliła mi palce. No i wokal. Od recytatywu, przez gardłowy zaśpiew aż po jadowity skrzek. Mag wziął to, co śmiertelni nazywają doom metalem i przerobił to na prawdziwą sztukę, która nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Występ minął błyskawicznie, a ja ze strzaskaną psychiką doczołgałem się do baru po kolejnego Budweisera.

Wyszli zza wzgórza i ich oczom ukazał się las. Las Trumien, bo o tym hordzie mowa był następny w kolejce, a ja byłem ciekaw ich na żywo, szczególnie, że ich szalikowcem jest Oracle. Mi niestety z płyt to nie siadło, więc liczyłem, że chociaż na żywo będę się dobrze bawił. Tak się jednak nie stało. Riffy smagały fajnie, ale kompletnie mi nie leży wokal Wojtka, co przełożyło się na fakt, że poszedłem poplotkować z Michałem z Black Silesia Productions, choć w swojej opinii pewnie jestem odosobniony, bo tłumek pod scenę pieścił sobie suty każdy riffem oraz linijką tekstu. Trudno, niekulturalny chuj ze mnie.
Kolejny grał Tankograd. Tę załogę chyba większość z Was kojarzy, głównie dzięki wydaniu ich przez Grega. Dotychczas jakoś omijałem ich twórczość, aczkolwiek ochy i achy zewsząd docierały do mnie. Na scenę artyści weszli ubrani w lekko podniszczone mundury wojskowe, a uwagę zwracały wstęgi w barwach Ukrainy, przywiązane do gryfów gitar. Zaczęli grać, a ze sceny popłynął smutek. Tak moi mili, doom Tankogradu był mocno przesycony smutkiem, melancholią oraz poczuciem pustki. Świetne były również momenty, gdy tempo przyspieszało, gdyż muzyka nabierała jadu. Szczególnie zdeptał mnie wałek „Nostalgia” (poprzedzony krótką historią o debilach z kacapskiej armii, którzy obozowali w Czerwonym Lesie i teraz zdychają w szpitalach na Białorusi). Wyjątkowo tęskny i smutny, aż chwytało za serce. Set zakończyło odegranie „Polski”, gdzie w końcu można było wyłapać te echa Rammstein w ich muzyce.

Godzina była już późna, ja robiłem się krzynę senny i po cichu modliłem się, by grająca następnie Hydra nie zmuliła mnie całkowicie. I wejrzał na ten koncert Pan, i wysłuchał mnie. Bo pleszewianie zagrali doom, ale dziarski, pełen werwy oraz naprawdę cieszący serce. Jeśli miałbym tu przywołać jakieś podobieństwa, to wskazałbym na pewno na Black Sabbath z elegancką szczyptą Red Fang. Serio, publika szalała pod barierkami, a zespół bawił się równie dobrze strzelając utworami. Nie dziwię się teraz pokątnie przekazywanym informacjom, że Hydra daje radę, bo to stuprocentowa prawda. W lutym ukazał się ich najnowszy album „Beyond Life and Death”, jeśli więc macie wolne talary, to dokonajcie zakupu. Warto.

Ostatni mieli grać Włosi z Abysmal Grief. Przyznam się bez bicia, choć nazwę znam, a i nawet tu i tam się kiedyś coś posłuchało, to jakoś nigdy nie wgryzałem się w ich muzykę. A to był błąd. Najpierw scenę przyozdobiły eleganckie ornamentalia przypominające kaplicę na zapomnianym cmentarzu, jak choćby kandelabry, znicze, chryzantemy (ZŁOOOCISTEEEEEE!), czy dorobienie mównicy do mikrofonu. Po chwili oczekiwania na scenę weszła trupa odpowiednio ubranych żałobników, zaczęły się misteria, a ja przepadłem. Ja pierdolę, kurwa mać, co tam się działo! To był teatr, niczym przeniesienie Kinga Diamonda w pogrzebowo doomowe klimaty. I niech Was nie zwiedzie łatka „funeral doomu”, bo nie chodzi o tempo, a turpistyczną otoczkę. Muzyka płynęła dziarsko. Przede wszystkim doskonała perkusja, jak to żarło! Do tego soczyste riffy podbijane przyczajonym basem oraz doskonałe klawisze, które przenosiły muzykę Włochów na innym poziom, dzięki czemu miało się wrażenie, że to ścieżka dźwiękowa do starych filmów grozy. No i ten wokal. Necrothytus idealnie bawił się głosem przechodząc z wibrujących zaśpiewów w upiorny skrzek przy żywej gestykulacji oraz swoistej, nonszalanckiej postawie. Był narratorem tych krótkich opowieści grozy, które tego wieczoru serwowano ze sceny, a które sprawiały, że cały czas miałem banana na ryju. Serce mi pęka na świadomość, że bawiłbym się dużo bardziej, gdybym znał doskonale prezentowany repertuar, ale i tak było pysznie.

Koncert zakończył niemal punktualnie, wpół do pierwszej, a mi pozostało z muzyką w sercu zbierać się do domu. Nie żałuję wybrania się na harce. Muzyka wyjątkowo dobrze mnie zaskoczyła, ze szczególnym naciskiem na Maga, Hydrę i Abysmal Grief. Do tego cieszy, że frekwencja dopisała, dzięki czemu Liverpool był nawet zatłoczony. Czapki z głów Black Silesia Productions i HappyDying Productions. Odwaliliście kawał zajebistej roboty i należy się Wam za to duże pieniste!




