O panie, jak mnie trzeba było takiego koncertu. Choć oczywiście wszystko się mogło w ostatnim momencie wyjebać, bo pieseł miał operację, kobita mi zaniemogła i w sumie co mogło się zjebać to się zjebało. No ale jakoś tam dałem radę a po sobotnim gigu wiem jedno – byłoby im w chuj smutno, gdyby mnie to ominęło.
Szalikowcem Lasu Trumien i Hydry jestem odkąd usłyszałem ich muzykę, można więc powiedzieć, że od zawsze. Stąd też bardzo chciałem zobaczyć w końcu obie te kapele na żywca. Szybka akcja i skrzyknęliśmy się z Pathologistem i Gumą – drajwerem i przyjęliśmy azymut na klub Warsztat. W drodze obróciliśmy nalewkę truskawkową domowej roboty (poza Gumą, on jedynie wąchał) i w dobrych humorach wbiliśmy do miejsca docelowego Początkowo myślałem, że chodzi o inny klub, ale bynajmniej nie rozczarowałem się.
Warsztat to typowy klub punkowy z gatunku DIY, zimno w nim było jak chuj, a na Sali koncertowej ja sto chujów, ale generalnie podobała mi się ta miejscówka. Mieli czeskie piwko, więc jak dla mnie mieli wszystko. W Warsztacie byliśmy zasadniczo pierwszymi gośćmi tego wieczoru, mogliśmy się więc rozjebać na kanapie w oczekiwaniu setu.
Całość zaczęła się coś koło 20:00 a może nawet chwile później, ale zasadniczo na doom metalowym koncercie nie chodzi przecież o szybkość. Narbo Dacal przed ich gigiem nie miałem okazji odsłuchać, bo ich najnowsza EPka to świeżynka. Niemniej jednak Pathologist nakreślił mi z grubsza sytuację i wiedziałem czego mogę się spodziewać. Trio ze śpiewającą basistką porusza się mniej więcej w sferze psychodelicznego domu, ale bardziej mrocznego niż kwasowego. Fajne granie, zdecydowanie z wszystkich trzech zespołów tego wieczoru ich muzyka była najduszniejsza. Wypadli naprawdę nieźle, a zgodnie ze słowami wokalistki, to był ich drugi koncert w ogóle. Na koniec zaserwowano cover Bathory „A Call From the Grave”, czyli dość ciekawa rzecz w przypadku doom metalowych kapel.
Drugą kapelą tego wieczoru był Las Trumien, wrocławscy piewcy wszelkich degeneratów chodzących po ziemi. Wszystkie ich trzy materiały przewałkowałem na lewą stronę, dodatkowo w sobotę przed wyjazdem również odpaliłem całą dyskografię i cały czas jestem pod olbrzymim wrażeniem – prosty stoner / doom metal, a ma taki wyjebany flow i bujnięcie, że wiele więcej mi nie trzeba. Kwartet na deskach zaprezentował się fantastycznie, wokalista Wojtek spokojnie mógłby stawać do przeglądu piosenki aktorskiej, bo do każdego tekstu miał gotową osobną preentację mimiczno – gestykulującą, hehe. A skoro o tekstach mowa – podczas koncertu Lasu Trumien uświadomiłem sobie, że znam praktycznie wszystkie teksty, więc ochoczo wrzeszczałem je (śpiewem bym tego nie nazwał) razem z panem Kałużą. Generalnie uważam, że ta kapela nie ma słabego numeru, więc czego by nie zagrali, byłbym wpiekłowzięty, jednakże gwoli redaktorskiej skrupulatności powiem, że usłyszeliśmy praktycznie całą płytę „Licząc Umarłych”, chyba jedynie bez „Krokodylich Łez”. Na sam koniec odegrali „Synod Trupi”, podczas którego basista przywdział papieskie fatałaszki. Doceniam ten gest w stronę jednego z najwierniejszych fanów, pięknie dziękuję!
Po darciu ryja koniecznym było uzupełnienie płynów, choć na chwilę w oczach publiki widać było strach – skończyły się browarki na barze. Ale na szczęście szybko dowieziono posiłki i zostaliśmy uratowani. Co do publiki, na początku pisałem, że przybyliśmy pierwsi do klubu i obawiałem się nawet, że będzie mizeria z publiką. Jednak im dalej w koncert tym ludzi zaczęło przybywać i przybywać, koniec końców niewielki klub był nabity po brzegi. Nie ma się czemu zresztą dziwić. Dobra, wracamy na salę koncertową, bo tam już zainstalowała się pleszewska Hydra. Wspaniały jest to zespół, do tego faktycznie przeniósł zgromadzonych w Krakowie wprost do lat siedemdziesiątych – nie tylko muzyką, ale również i imidżem. Dzwony, koszule, wzmacniacze Orange, świece i kiczowate czaszki – jestem w chuj na tak. Muzycznie również jest to pyszne, hard rock wymieszany z doom metalem (tak, wiem że nazywa się to stonerem, hehe) mocno inspirowany Black Sabbath, Trouble… Do tego za mikrofonem w Hydrze stoi facet, który moim zdaniem ma najlepszy wokal na polskiej scenie. Naprawdę, kurwa gość ma diamentowy głos, potrafi przekazać nim też mnóstwo emocji. Tym większe było moje rozczarowanie, że nie wiem dlaczego, ale akurat podczas ich koncerty kulało nagłośnienie i wokal Dąbka był po prostu chwilami słabosłyszalny. Wielka szkoda, niemniej jednak sam koncert Hydry był naprawdę zajebisty. Wspomniany już wokalista poza śpiewaniem grał jeszcze na gitarze, a także chwilami obsługiwał jakieś wintydżowe klawisze, które dawały świetne brzmienie i bardzo dobrze dopełniały muzykę Hydry. Kapela zagrała po trochę numerów z obu płyt ze swojej nie najobszerniejszej jeszcze dyskografii i zrobili to pierwszorzędnie. Nie tylko ja byłem zachwycony ich show, reszta publiczności tak samo, stąd też wywołali zespół na bisy.
Doskonały był to koncert, pełen piwka i doom metalu. Z bananami na przystojnych mordach zawinęliśmy się do gumolotu i udali w podróż powrotną do Rzeszowa. Chcieliśmy jeszcze po drodze opierdolić Maczka, bo my go mamy, nie to co ruscy, ale kurwa zamknęli nam dosłownie drzwi przed nosem. Mają szczęście, że koncert był tak zajebisty, że nie mieliśmy ochoty na wszczynanie zamieszek i z burczącymi brzuszkami śmignęliśmy A4 ku ciepłym łóżeczkom. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję zobaczyć którąkolwiek z kapel, jakie koncertowały w ten piękny sobotni wieczór, nie wahajcie się ani trochę. To samo z innymi koncertami organizowanymi przez Piranha Music. Gorąco polecam.








