Wydawca: Defense Records
Jako, że dotychczas nie za bardzo interesowała mnie twórczość tego zespołu po dramatycznym koncercie jakiego byłem świadkiem, chyba na trasie z Hate, to nawet nie wiedziałem, że ktoś wznowił ich debiut.
No Gnida się wówczas nie popisała w Rzeszowie czym zniechęciła mnie totalnie. Ale jak płyta przyszła to ja jestem recenzentem i mam obowiązki recenzenckie. „S.Y.F.” oryginalnie ukazał się w 2012 roku i chyba przeszedł dość bez echa. Nie wróżę ale może się mylę. Całość trwa kwadrans i co prawda nie ma tragedii, ale też na myśl przychodzi mi sporo innych, lepszych zespołów z gatunku brutal death / grind. A tu jest tak: gitary mielą, perkusja nakurwia, wokal sobie charczy. Gdzieś tam się głowa machnie, noga tupnie, a czasem nie. Gdzieś tam wtrynią sampel, a gdzieś indziej nie. Mam wrażenie, jakby twórcy Gnidy dążyli do stworzenia najbardziej oklepanego z możliwych zespołu grindowego. I co gorsza wychodzi im to całkiem nieźle, ot paradoks. W mojej opinii na tym albumie nie ma pierdolnięcia. Jest zaś namacalny dowód, że piętnaście minut może czasem ciągnąć się w nieskończoność – podobnie jak na egzaminie ustnymm gdy nie znacie pytań, albo gdy nagle zostajecie z ex w jednym pomieszczeniu. No po prosto chcecie by się skończyło, bo czujecie dyskomfort. Tak mam z Gnidą.
Wznowieniom ocen nie wystawiam, ale myślę że z powyższej recenzji jasno wynika, czy polecam ten krążek czy nie.
Tracklist:




