Mają chłopaki anielską cierpliwość, co przy diabelskim sorcie muzyki jest istnym paradoksem. Ale już pan Jezus mówił, że co ma wisieć nie utonie i my w Chaos Vault się tej maksymy trzymamy jak Maryja wersji o niepokalanym poczęciu – stąd też oczekiwali na recenzję dość długo.
No to pobluźniłem, a teraz czas na bluzgi elbląskiej grupy Stigmata. Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że „Omega” to moje pierwsze spotkanie z ich muzyką. I całkiem w porządku się czuję jak na pierwszy raz. Pięć krótkich numerów utrzymanych jest w brudnym black metalowym stylu. Nie wiem, czy moje skojarzenia po odsłuchaniu tego krążka idą w dobrym kierunku, ale na myśl przywodzi mi on nagrania Carpathian Forest z jednej strony (głównie z uwagi na szorstkie brzmienie), z drugiej gdzieś to zahacza o black metal o trochę bardziej dusznej atmosferze (jakoś mi tu czasem pobrzmiewa Blaze of Perdition) czy o bardziej aktualną muzykę Marduk (co nie może być z mojej strony argumentem nietrafionym jeśli popatrzymy na cover, który Stigmata zamieściła na tej EPce). Słychać, że pomysły są, a poza tym chłopaki rozumieją ważną rzecz – black metal ma być obskurny i brudny, nie może być wypolerowany jak bombka na choinkę. „Omega” akurat spełnia te warunki i z uwagi na to te kilkanaście minut wprowadza słuchacza w dobry nastrój.
Jest dobrze i fajnie by było, jakby zespół jeszcze gdzieś pokoncertował i tak dalej. Wtedy byłaby zdecydowanie większa szansa, że maniacy nie będą mylili kapeli z Elbląga z brygadą z takiej Kolumbii.
Ocena: 7/10
Tracklist:
01. Ignite
02. Rabid
03. Screaming Fleshtrone
04. Omega
05. Seven Angels, Seven Trumpets





efekt borsa