Ostatnio wyrosło mi coś na skórze, w okolicach szyi. Nie wiedziałem co to takiego, ale z małej krostki początkowo zrobiła się banieczka. Z czasem zrobiła się czerwona i coraz twardsza. Czułem, że pod cienką warstwą skóry coś pulsuje, że jest ciepłe i niechybnie lada dzień wylezie na zewnątrz. Mój dziadziuś na wszelkie choroby zawsze zaś mówił – samo wlazło, samo wylizie. Miał rację. Po kilku dniach cienki naskórek został przerwany w wyniku ciśnienia wewnątrz (no, może mogłem nie dłubać brudnymi paznokciami po tym…) i na klatkę piersiową wylała mi się dziwna mieszaninia – widać było, że to coś jakby ropa wymieszana z krwią. Nie wiem dlaczego, ale w miejscach na mojej skórze, które zostały pokryte tą mazią porobiły się identyczne wypryski… Do tego zaczęły swędzieć, więc drapałem je zawzięcie… Nie pomagało wiele, ale po czasie ranki zabliźniły się, pokrywając grubymi brązowymi strupami… I tu macie mnie, moją słabość. Zdzierałem je sobie, wkładałem do ust i żułem. Początkowo wiadomo – trochę chrupią, ale potem rozpuszczają się w ustach jak emendemsy… A że lubię jeść słuchając muzyki, idealnym podkładem zawsze był drugi album Haemophagus. Taki death metal silnie inspirowany Autopsy, Pungent Stench i im podobnymi zespołami. Jedynym problemem było to, że strupki były małoprzyswajalne przez mój organizm, co kończyło się zawsze trzydniową sraczką. I to z tym teraz będzie mi się kojarzyć Haemophagus – co nie znaczy, że to muzyka jest gówniana. Ale odpowiedni anturaż do tych dźwięków znajdziecie w toalecie, zgięci w pół…
Ocena: 8/10
Tracklist:





