Ja nie mogę być do końca normalny. Trzecia w nocy, pod ręką piwo z lidlowej promocji, w słuchawkach split Grotesque Master i Bloody Cyrograph i uważam, że jest mi miło. Tylko patrzeć, jak mnie do pobliskiego Jarosławia odstawią.
A tak poważnie – co mam się nie cieszyć na widok epigonów Hellhammer? Okładka zerżnięta, muzyka zerżnięta, tytuł silnie inspirowany… I co z tego? Na pierwszy rzut – kanadyjski Grotesque Master. Co prawda gość ma śmieszne zdjęcie z kosą, mój dziadek też taką miał, ale fotek sobie nie trzaskał. Muzycznie – prymitywizm. Jednostajny, monotonny… Chciałem powiedzieć, że nieskomplikowany, ale to byłoby powiedziane na wyrost. Prymitywny – to jednak słowo idealne. No nie porywa jednak jakoś nadzwyczajnie, bo o ile lubię takie proste jak cep granie, to jednak są zespoły, które bardziej mi podchodzą. Zwłaszcza, że kawałki Grotesque Master trwają mniej więcej dwie minuty. Ot, powolny, zhellhammeryzowany black metal. Lepiej wypada tutaj Bloody Cyrograph, dowodzone przez znanego tu i tam Slav”a. Większość wydawnictw tego gościa raczej zbiera baty, ode mnie też się zdarzyło, jednak uważam Bloody Cyrograph za zdecydowanie najbardziej trafiający w moje gusta. Paskudne brzmienie jest tu atutem, obrzydliwość tnie skronie (i żre mózg, heh), wokale wołają o pomstę do nieba (zwłaszcza w „Time Of Sacrifice”) – dlatego mówię, że coś ze mną jest nie tak, normalny fan metalu lubi jak jest ładnie, a nie jak na tym splicie, fuj! I ja też tego nie polecę swoim znajomym, nawet tym którzy w jakimś tam większym stopniu siedzą w podziemiu, bo jak znam życie – pukną się w czoło i zapytają, casino online czy mnie pojebało. Bloody Cyrograph po prostu mi leży. Powoli, klasycznie, brzydko i metalowo – hellhammerowo i necroschizmatycznie.
Ok, jak już mówiłem – Grotesque Master co najwyżej obleci, ale Bloody Cyrograph już wypada dobrze. Split z przeznaczeniem tylko dla maniaków.
Ocena: 6/10 i 7/10
Tracklist:





