Kurna, nigdy bym przypuszczał, że modły odnośnie składu koncertowego w jakiś sposób mogłyby się spełnić, a tutaj proszę… Pewnego dnia siedzę na redaktorskim stołku montując kolejny newsflesh i wyskakuje nius: trasa koncertowa Concrete Winds i Black Curse po Europie w tym, aż trzy daty w Polsce w tym jedna w stolicy piernika i cenionego u polityków redemptorysty. Czy ja śnię? Jedne z najlepszych załóg w ostatnich latach na jednej scenie?! W Toruniu?! Kurwa, biorę to w ciemno i jadę!
W Toruniu zameldowaliśmy się grubo przed czasem, ale takie było wstępne założenie. Plan był bowiem bardzo prosty: wypełnić żołądki strawą i bezalkoholowym (abstynencja rlz!) i udać się na koncert do Dwóch Światów, w którym to klubie byłem jak na razie tylko raz. Przy okazji koncertu Dagorath, Angrrsth i Xarzebaal dobre siedem lat temu. Czy coś od tej pory się zmieniło? Raczej nie. Klub jak stał tak stoi, cenowo (picie) też utrzymał poziom, więc nie można było tego dnia narzekać. Na początku, po odebraniu wejściówki, postanowiłem uzupełnić nieco stan posiadania i wzbogaciłem się w szmatę Black Curse i taśmę z ostatnim materiałem tychże (czytaj “Burning In Celestial Poison”) w całkiem przyzwoitych cenach. Gdyby tak było zawsze i na każdym koncercie, byłbym mocno na tak. Pozostało mi więc już tylko oczekiwanie na pierwszy zespół tego wieczoru.
Na pierwszy strzał poszło Concrete Winds. I to konkretnie. Z pełnej pizdy, na pełnej kurwie uderzyła we mnie totalna ściana dźwięku. Totalna dysharmonia w gitarach, niesłyszalny wokal i moc blastów wysuniętych prosto na ryja. To co się działo przez pierwsze trzy numery to było kompletne nieporozumienie. Zacząłem się więc zastanawiać: kto zjebał? Nagłośnieniowiec, zespół czy po prostu samo miejscie… Na szczęście po trzecim kawałku wszystko stało się jasne. I to dosłownie. Wokal Johanssona stał się jakby bardziej słyszalny, gitary bardziej klarowne, a blasty Josefssona (totalna bestia z tego typa) już lepiej obijały ryja. Ja pierdolę. Ile w tym zespole jest dziczy i nienawiści, to sam klub nie mógł tego pomieścić. Totalny, soniczny rozpierdol jaki zrobiło tych trzech kolesi zostanie w mojej pamięci już na zawsze. I choć podobno nie był to ich najlepszy set, to tych trzech typów z Helsinek zrobiło mi dzień totalnie. Takie strzały na mordę jak „Noise Trepanation”, „Dissident Mutilator” czy „Daylight Amputations” naprawdę robiły wrażenie, a industrialne wstawki tylko podbiły całość i nadały jeszcze więcej surowości w brzmieniu zespołu. Totalna miazga, skalp z głowy został ściągnięty wręcz perfekcyjnie…, a to była przecież dopiero przystawka…

…bo niemal punktualnie o 21 na scenie pojawili się kolesie z Black Curse. Pierwszy album tych wariatów kupiłem zupełnie w ciemno i wtedy żałować zakupu nie mogłem. Na kolejny czekałem więc z już dużą dawką niepewności i ciekawości zarazem, bo zastanawiałem się jak taki chaos i intensywność udało się zespołowi upakować w pięć potężnych hymnów… No i pokazali mi jak, wjeżdżając na początek niszczącym “Spleen Girt with Serpent”… Ależ to miało jebnięcie! Całość rozerwała na strzępy już na starcie, a przecież to był dopiero początek… Diabelska, niszczycielska i krusząca mury furia. Totalna anihilacja dźwiękowa i ciemność. Otchłań piekła… I opętany diabłem Eli Wendler. Co to jest za typ… Gdyby nie miał gitary w łapach i statywu z mikrofonem, jestem niemal pewien, że wyskoczył by wprost na publikę z pięściami, by napierdalać po mordach jak leci (a było bardzo blisko, gdy typ niemal mu w mordę telefonem wjechał)… Totalny opętaniec, który prowadził ten stutonowy walec przez cały koncert, miażdżąc, krusząc i anihilując każdą, żywą jednostkę… Muzyka Black Curse tego wieczoru to było czyste, wcielone zło. Te riffy, ta ciemność z nich płynąca i perkusja miażdżąca niczym prasa hydrauliczna. Pierdolone zło… W zestawie znalazły się też kruszący “Seared Eyes”, dewastujący “Charnel Rift”, niszczący “Endless Wound” i zadający cios ostateczny “Flowers of Gethsemane”… Zestaw był to idealny, choć zabrakło mi osobiście “Trodden Flesh”, ale nie można mieć przecież wszystkiego…
Generalnie? Rozpierdol. Mimo krótich bądź co bądź setów jedna z najlepszych sztuk jakie chciałem zobaczyć (w tym zestawieniu) i w ogóle jakie dane mi dane zobaczyć na żywo… Kto nie był, niech żałuje.





