O panie, nie dość, że od bardzo dawna nie byłem na koncercie – bo ostatnio był to black metalowy spęd w Krakowie, to tak wyszło iż postanowiłem zrobić sobie aż dwudniowy maraton. Ale okazja ku temu była nielicha – wszak trzydzieste urodziny Epitome są tylko raz w życiu.

Ostatnie urodziny Epitome skończyły się dla mnie dwudniowym kacem. Te w sumie też, ale nie uprzedzajmy faktów. Cała impreza była podzielona na dwie części – koncert w Rzeszowie w jeden dzień oraz koncert w słowackiej miejscowości Laborecka. Drugi dzień – tylko dla chwatów, więc nie wiedziałem czy mi się uda, ale się starałem. Zostańmy jednak póki co przy piątku.

Była to pierwsza moja impreza w przybytku nazwanym Rzeszowskie Piwnice, lokalu należącym do miasta. Ciekawy byłem jak to wyjdzie, i tu należy się Wam opis – koncert miał miejsce w czymś w rodzaju holu, który prowadzi do piwnic znajdujących się pod rzeszowskim rynkiem, które normalnie można sobie zwiedzać i tak dalej. Ja zwiedziłem jedynie prowizoryczny bar i kibel (zboczenie zawodowe – sprawdziłem jak wygląda kibel dla osób z niepełnosprawnością i ja pierdolę – jak można wyjebać kupę kasy na pomieszczenie, z którego nie skorzysta np. osoba na wózku – a jakby miał tu zagrać Possessed?!). No nie ważne. Generalnie sama sala nie była zła, przy czym śmiesznie wyglądało jak Epitome skakało po scenie w kitlach, a jacyś przypadkowi ludzie patrzyli do środka przez szyby z przerażeniem, hehe.

Całość rozpoczynała lokalna Egzekucja. Kapela złożona z kolegów, więc możecie liczyć na kolesiostwo, jakże inaczej. Ale moje słowa będą prawdziwe – wcześniej słyszałem tylko dwa single, spoko były. Ale naprawdę fajnie zażarło to dopiero na żywca. Taki death/sludge z większym naciskiem na ten drugi człon. No i teksty, będące na przykład wycinkiem z opisów prokuratorskich na temat wyczynów pedofilskich panów księży. Nie wiem w sumie czy kapela planuje wydać jakiś materiał fizycznie, ale byłoby fajnie. Bo po tym co usłyszałem na żywo odsłucham sobie dwa hulające single po necie jeszcze raz.

W międzyczasie ludzi zaczęło przybywać, niektórych to nie widziałem po kurwa kilka lat i usiłowałem sobie przypomnieć jak mają na imię, najazd innych był totalną niespodzianką (strzała Zuchu!), robiło się więc coraz bardziej familiarnie. I w takiej to atmosferze na deski wszedł Straight Hate. Kurwa, jak ja lubię ten zespół i ich podejście do grindu. Nie wierzę, że ich nie znacie, ale jeśli trafiliście tu przez przypadek to tylko nadmienię, iż cudownie przywracają ducha Repulsion, Terrorizer czy Napalm Death. Kuba, człek niezwykle spokojny w obejściu, staje się zwierzakiem gdy dostaje mikrofon w łapę. Reszta kapeli zresztą też. Mała zmiana na perkusji nie przeszkadzała grupie w nakurwianiu rasowym deciorem slesz grajndem. No i przy nich coś się ruszyło pod sceną, więc propsy.

W przerwach piweczko i pogaduszki – na szczęście w Rzeszowskich Piwnicach lali tylko i wyłącznie piwko, bo mogłoby się skończyć różnie jeśli doszły by do tego inne trunki. W każdym razie w dobrym nastroju czekaliśmy na występ Słowaków z Craniotomy. Tych nie znałem w ogóle wcześniej, jak spojrzałem na Metal Archives to się zdziwiłem, że tak długo istnieją, a ja ich nie kojarzę. Ale wicie, rozumicie – tyle tych brutal death metalowych kapel z podobnymi logówkami i okładkami na świecie… coś jak black metalowcy ze swoimi logówkami i okładkami z lasem. No nieważne. Nie wiem czy wokalista im się zmienił, czy schudł, ale patrząc na foty kapeli i na to co się działo to się zastanawiałem i mam konfuzję poważną. Tak czy inaczej – słychać, że kolesie żyją tym swoim slam deciorem i ja to doceniam, choć raczej mnie z butów nie wyjebało. W sensie koncert był OK, taki bujający i brutalny – doceniam. Ludzie pod sceną też docenili, bo zauważyłem że co koncert to się zagęszczało. Generalnie w klubie też. Jakieś pół godzinki Słowacy zagrali, może kilka minut dłużej i poszli na piwko.

W międzyczasie do wejścia na deski już przymierzali się jubilaci. Epitome. W dzień koncertu premierę miałą też ich najnowsza płyta „ROTend”, a kto uważnie czyta Kejosa ten wie, że chwyciła mnie za serce i za jaja. Zespół w odnowionym składzie, z zastępstwem na perkusji w postaci Damiana znanego z Toughness, gotowy był do boju gdzieś w okolicach godziny dwudziestej drugiej. Na scenę wleźli w tradycyjnym rynsztunku – czyli kitli zachlapanych juchom. No i przyjebali. Kurwa, jak ja lubię ten ich death/grind – jest tak cholernie morderczy i precyzyjny, a przy tym naprawdę szalony. Dyvan, który przejął mikrofon po Kostku naprawdę zajebiście daje radę, choć obydwaj wokalnie różnią się od siebie. Sam nowy album, z którego poleciało sporo kawałków jest moim zdaniem osadzony głębiej w tradycyjnym podejściu do death/grindu, ale bez rewolucji. Epitome łupalo około czterdziestu minut, może godziny – nie wiem, bo wypite browary plus muzyka sprawiły, iż chyżo ruszyłem pod scenę. Dla zaciekawionych – nie było coveru Mortician, niby szkoda, ale do przeżycia. Za to kapelę wywołano na najprawdziwsze bisy – po muzykach widać było, że byli lekko skonfudowani tym faktem, ale kto miałby zagrać jak nie oni? Zagrali, a jakże!

Jak już skończyli to ludzie zaczęli powoli się zwijać, ja jeszcze siedziałem ze znajomymi i dyskutowałem, oczywiście o kondycji sceny metalowej w Polsce. Następnie wraz z kolegą Romanem z Epicentrum stwierdziliśmy, że przed wyprawą w kolejnym dniu należy się posilić, tak więc w towarzystwie chłopaków ze Straight Hate objebaliśmy całkiem dobre kebsy. Po wieczerzy, czekając na ślubną Romana obeserwowaliśmy fanki Maty krzyczące pod jego hotelowym oknem, też ciekawe doświadczenie. Koło pierwszej godziny w nocy zjawiłem się w domu, letko tylko nietrzeźwy.

Na drugi dzień wstałem skoro świt. Wziąłem pieska na spacerek, zrobiłem śniadanko i kawusię, wskoczyłem w nowe ciuszki jak jakiś pozer u śmignąłem na rzeszowski Rynek, bo tam ustalono miejsce zbiórki. Jakże miło było zobaczyć uśmiechnięte twarze, bez ani krzty kaca na facjatach! Bardzo sprawnie przyszło nam spakowanie się do busa, pomogliśmy schować kapelom ich graty i w drogę, hej przygodo. Nadmienię tutaj, że przypadło mi bardzo odpowiedzialne zadanie, mianowicie transport podmokłego kartonu zawierającego kilkanaście litrów bimberku. Doniosłem cały, nie zepsułem zabawy. Droga na Slowację była przemiła, piweczko, Epitomówka, nalewka truskawkowa, żelki, paluchy, bułki, polski punk – czego chcieć więcej. Na przystankach może i ludzie dziwnie spoglądali, a i tak się wszyscy hamowalismy i byliśmy generalnie grzeczny. No ale wiadomka, wraz z każdą obaloną stacją drogi krzyżowej (czytaj: butelką bimbru) było coraz weselej. Pod pub wjechaliśmy w szampańskich nastrojach.

W miejscówce się zakochałem! Wyobraźcie sobie park, żywcem wyjęty z lat osiemdziesiątych zeszłego wieku. Stare budyneczki, czterdziestoletnia infrastruktura – wypisz wymaluj park gorlicki z początków mojej podróży z metalem. Na miejscu przywitano nas pysznym bigosem (tak mi się zdaje, zajebisty w każdym razie był), a ja – jako roztropny obywatel Europy wpadłem na to, że w przybytku może nie być płatności kartą, więc wymienię coś niecoś na euro. To była bardzo dobra decyzja. Więc i piwkiem się raczyłem przepysznym, czekając na koncert. Atmosfera była przemiła, ludzie się rozpierzchli po całym ośrodku, były rozmowy w grupach i podgrupach, bardzo fajnie.

I tak czekaliśmy sobie na początek koncertu – tak jak i w dzień wcześniejszy całość zaczynała Egzekucja. Ich akurat widziałem, zagrali równie dobrze jak w piątek – Słowacy przyjęli ich całkiem entuzjastycznie, kilka osób poszło pod scenę, więc całkiem nieźle jak na drugi koncert w historii.

I tu już powoli zaciera mi się chronologia, hehe – no ale bimbru poszło sporo, piwko za piwkiem i jakoś tak wyszło. Do koncertowego składu dołączyły świry z koszyckiego Thorwald i ich już oglądałem z wysokości baru, z piwkiem i kieliszkiem w obu dłoniach. Nie odstawali od innych kapel, nie przyjechali grać tu black metalu – a zdecydowanie napierdalali grindem, na dwa wokale. I jakoś tak dwa wokale zawsze mi robią, szczególnie tak podane jak w ich przypadku. Thorwald to też dla mnie novum, a kapela istnieje dwadzieścia lat z okładem. Fajnie to żarło, na takim maksymalnie wkurwionym drivie kolesie zagrali, a to przecież też nie były żadne małolaty, nie? Jako że kapela ze Słowacji, to u nich sporo tych ludzi dopisało i młyn się zrobił pod sceną, niepośledni, tak to określę.

Craniotomy to akurat chyba całe przegadałem gdzieś na zewnątrz, więc się nie wypowiem, ale na część setu Straight Hate wbiłem, bo dobrego nigdy kurwa dość. Nie no, szacunek dla chłopaków, bo generalnie aktualnie nie mam chyba ulubieńszego zespołu młócącego grind na naszym poletku. Ogląda się ich z ogromną przyjemnością, na scenie pełen ogień, szczególnie jeśli przedtem ładowało się z częścią z nich wódeczkę i bimberek i inne przysmaki, a tu wychodzą w topowej kondycji. Czekam na trzeci album z jebaną niecierpliwością.

No i Epitome. Na sam koniec. Kiszka na Słowacji czuje się równie dobrze jak w Polsce a tutejszą publiczność traktuje jak swoją w takim samym stopniu jak polską – takie wrażenie przynajmniej odnosi się podczas oglądania ich setu. No, to znaczy akurat jak Epitome weszło na scenę to zwlokłem swoje nietrzeźwe truchło i poszedłem napierdalać, a nie oglądać. Mimo oglądania ich dzień po dniu, po prostu się to ni cholery nie nudzi i kopie tak samo. Znaczy się – muzyka i zespół ma klasę. I gdzie niby te trzydzieści lat na scenie, skoro nakurwiają jakby tyle co zdali maturę (no, w przypadku perkusisty na tych koncertach to zdanie nie jest takie przesadzone, hehe).

Dobra, koncert się skończył i weź tu znajdź wszystkich pijanych w parku, zapakuj do busa i usadź na fotelach. Nie wiem czy kiedyś widzieliście wideo z tego jak chłop w zoo próbuje usadzić wszystkie pandy w jednym miejscu – podejrzewam, że Guma który nad nami czuwał tak właśnie wyglądał próbując wyzbierać wszystkie zaległe pokemony. Jakimś cudem mu się to udało i coś około trzeciej w nocy epitombus ruszył w powrotną drogę do Rzeszowa. Nawet nie wiem, jak dotarliśmy na miejsce, bo Czarodziejka Gorzałka tańczyła w nas przytulańca i wszyscy posnęliśmy jak dzieci.

Na koniec chciałem tylko powiedzieć, że liczę, iż za trzy lata Kiszka zorganizuje obiecane chrystusowe urodzinki Epitome i stawimy się w tych samych miejscach w tym samym składzie. Było cudownie.

Oracle
19331 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026Relacje

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026

BartBart8 września 2026
Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026Mystic Festival 2026Relacje

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026

ŁysyŁysy1 lipca 2026
Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026Relacje

Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026

PathologistPathologist29 czerwca 2026

Skomentuj